Na początku chciałbym życzyć wszystkim obecnym i nowym Czytelnikom bloga dobrego, pełnego radości i pięknych przeżyć 2012 roku :)
A z Nowym Rokiem kilka zmian.
Blog powstał ponad rok temu, więc uznałem, że czas na drobne poprawki. Po pierwsze - zmienia się szata graficzna (mam nadzieję, że się spodoba).
Przeglądając poprzednie wpisy, doszedłem do wniosku, że odbiegam trochę od typowego blogera, nie mówiąc już o biegającym blogerze. Przeglądając blogi innych biegaczy, zorientowałem się, że co chwila pojawia się nowy wpis, dokumentujący kolejne wyprawy, pobite rekordy i niesamowite przygody na biegowym i nie tylko szlaku. Częstotliwość wpisów też lepsza, niż u mnie. Jednak cel bloga był inny - miał relacjonować przygotowania i start w Biegu Rzeźnika. I ten cel został osiągnięty, choć meta w Bieszczadach nie. Ale o tym, też już pisałem...
Chciałbym jednak kontynuować wpisy i dzielić się z Czytelnikami, tym co dla mnie ważne (nie tylko "biegowo"). Pojawią się pewnie relacje z treningów, plany na najbliższy czas, ale też różne przemyślenia dotyczące spraw wszelakich. Mam nadzieję, że nie zanudzę Czytelników. Postaram się również częściej zamieszczać wpisy - nie, nie; to nie żadne postanowienia noworoczne :)
Mam nadzieję, że wspólnie z Czytelnikami uda się stworzyć coś fajnego. Zapraszam do lektury i komentowania, wymiany doświadczeń i dzielenia się Pasją.
A kolejny post już niebawem...
"Poza najdalej wysuniętym bastionem zmęczenia i bólu odkryjemy pokłady mocy i ukojenia, o jakie siebie samych nie podejrzewaliśmy; źródła obfite i nienapoczęte, ponieważ nigdyśmy wcześniej się do nich nie przebili" (William James/Scott Jurek)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Rzeźnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Rzeźnika. Pokaż wszystkie posty
17.01.2012
7.10.2011
Kronika Wypadków Biegowych
Wiem, wiem... Dawno nic nie pisałem. Nie mogłem się zebrać. No, ale 3 miesiące przerwy to chyba wystarczający czas, więc nadganiam zaległości.
Dużo się nazbierało, więc po kolei.
1. Bieg Rzeźnika.
Wyruszyliśmy zgodnie z planem czyli w środę. Zanim jednak wsiedliśmy do auta, w poniedziałek pojawił się mały problem - samochód Macieja się popsuł :(. Gorączkowe pytanie: "Co teraz?" towarzyszyło nam do wtorku. Udało się jednak zorganizować inny pojazd (dzięki pomocy kilku dobrych Ludzi) i mogliśmy ruszać.
Trasa nie należała do najciekawszych - do Łodzi jechało się całkiem nieźle, ale później... Korki, roboty na drodze, objazdy, jeszcze raz korki, roboty na drodze itd. Ostatecznie musieliśmy zmienić trasę, a do Cisnej dotarliśmy po 1.00.
Czwartek minął wypoczynkowo - zgodnie z planem. Wieczorem odprawa i wszystko jasne. Powrót do pokoju, szykowanie sprzętu i ciuszków, sprawdzenie listy i grzecznie spać, bo przecież czeka nas wczesna pobudka.
Docieramy do punktu zbiórki w Cisnej, wbijamy się do autobusu i jedziemy do Komańczy. Dreszczyk emocji (własny i innych uczestników) nie pozwala zasnąć. Staram się poukładać jakoś każdy kilometr, myślę, jak to będzie. W końcu po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy na strat. Tam jeszcze chwila, ostatnie sprawdzenie sprzętu i ...
3.00 - tradycyjny wystrzał i ruszamy. Przed nami i za nami masa ludzi (zgłosiło się około 200 ekip). Start bardzo przyjemny, choć w deszczu. Za chwilę okaże się, że deszcz nie do końca jest taki fajny. Na początku biegniemy asfaltem, potem gruntowa ścieżka (jeszcze po płaskim). Z nieba leje się coraz intensywniej. Gdzieś z przodu zza chmur straszą błyskawice i słychać grzmoty. Ciekawe, co będzie dalej.
Wbiegamy do lasu, pierwsze podbiegi. I pierwsze biegowe wybory: lepiej biec środkiem drogi i brodzić po łydki w spływającym z góry strumieniu wody i błota czy ryzykować upadek i skakać po kamieniach i wystających konarach drzew? Każdy uczestnik ma swój patent. Ja wybieram coś pomiędzy jednym, a drugim.
Po kilku kilometrach i rozmowach z weteranami pojawią się pytanie: "Czy to tempo wystarczy, żeby 75 km przebiec w 12h?" Chyba nie, ale zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.
W końcu zaczyna się przejaśniać i deszcz nie jest już taki intensywny. Powoli pniemy się w górę, to zbiegamy w dół. Płynący czas umila nam rozmowa. Najgorsze, że nie wiemy, ile jeszcze przed nami do pierwszego przepaku. W końcu jest - Przełęcz Żebrak. Ciepłe picie od organizatorów, coś na ząb z plecaka. Odpinamy kijki i prujemy dalej.
Wszystko OK. Jeszcze chwila i będziemy w Cisnej. Ale niestety radość szybko się kończy...
Ostatni zbieg przed przepakiem okazuje się także naszym ostatnim w tym biegu. Maciej wybiegł trochę do przodu. Nagle słyszę jego przedłużone krzyk: "Aaaałaaaa" i jakieś burknięcie pod nosem. Dobiegam, pytam, co się stało. Niestety Maciej skręcił nogę w kolanie. Ból nieznośny. Dochodzimy do przepaku w Cisnej.
Ocena obrażeń, walka wewnętrzna i dramatyczna decyzja - "Wycofujemy się".
Znam Maćka i wiem, że jeśli mówi, że nie da rady biec dalej, to musi byc kiepsko. A ja nie zostawię Przyjaciela. Razem przyjechaliśmy i razem wyjedziemy.
Wracamy do domku, ogarniamy się. Idziemy na śniadanie. Decydujemy, że wrócimy jutro.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze wieczorem odebrałem z Biura nasze rzeczy z przepaków, oklaskami nagrodziłem zwycięzców i wróciłem do pokoju.
W sobotę wyjeżdżamy. Po drodze basen i sauna w Krakowie - to trochę zmniejsza ból i stawia Macieja na nogi.
Wieczorem w domu.
2. Gorycz, bynt, decyzja.
Mimo wszystko nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Nie obwiniam Maćka; przecież tak samo ja mogłem skręcić nogę. Jednak w środku czyję gorycz połączoną z buntem: tyle przygotowań i wyrzeczeń i co? Przegraliśmy z mokrą trawą i błotem?!
Huśtawka nastrojów - od pogodzenia się z tym, co się stało, do złości, gniewu i łez. To musi znaleźć jakiś upust.
Dziękuję Żonie za wsparcie (chyba do końca nie rozumiała, tego co przeżywałem, ale cierpliwie znosiła moje nastroje w niedzielę i była przy mnie). To jej postawa pozwoliła mi też podjąć przełomową decyzję:
"Chcę wykorzystać potencjał, który mam, zapas sił, treningi i żar, który tli się w środku. Biegnę 100 km!" Potrzebuję tego...
3. Samotna "setka"
28. czerwca 2011 w moim biegowym życiorysie będzie ważną datą. Pobudka przed 6.00 i cel - przebiec 100 km. Postanowiłem, że zrobię ten dystans na trasie, którą znam - Koziegłowy i Puszcza Zielonka. Biegłem już tamtędy 75 km.
Plan jest prosty - 4 okrążenia po 22 km + jedno krótkie 12 km.
Zabieram plecak z bukłakiem, kilka batonów, banana, kanapki i ruszam. W domu żegna mnie Rodzinka. Już nie śpią - Dzieciaki to ranne ptaszki.
Do "Kozich" jadę autobusem.
START. Od początku przyjmuję spokojne tempo, zakładam też przerwy na marsz. Pierwsze kilometry bez żadnych problemów, pierwszy wbieg na Dziewiczą Górę też w porządku. Zabrałem na trasę aparat. Chcę zrobić kilka zdjęć, żeby mieć pamiątkę.
Zliczam kolejne kilometry. Po drugim kółku - 44 km, uzupełniam płyny w plecaku. Zrobiłem sobie własne przepaki - co 22 km na koniec każdego okrążenia. Korzystam z osiedlowego sklepiku. (Pani sprzedawczyni zapewne pod ladą pukała się w czoło, widząc coraz bardziej spoconego gościa w obcisłych rajtkach, który kupuje wodę, izotoniki i batony.)
Zbliżam się do granicy, którą już znam - 75 km. Powoli odczuwam zmęczenie (było ciepło w tym dniu) i zaczynają doskwierać stopy. To chyba jakiś pęcherz :( Ale zaciskam zęby i biegnę dalej.
(Zmęczenie zobaczyłem dopiero na zdjęciu - te oczy)
Po 75 km stopy już mnie nieźle denerwują. Właściwie nie czuję bólu łydek, ani ud, ale te stopy... Jakbym biegał po rozżarzonych węglach! Nie chcę wiedzieć, co tam się dzieje. Biegnę dalej.
Wychodzę na ostatnią prostą przed finiszem. Za chwilę 88 km. Czuję ogromną radość i satysfakcję. Na trasie pojawia się kompan - przyjeżdża Kasia (ta, która złamała nogę na półmaratonie). Towarzyszy mi na ostatnim przepaku - dokumentuje zbieranie sił i obmyśla, jak zaimprowizować metę.
Teraz już wszystko siedzi w głowie. Zbieram się w sobie, uzupełniam płyny i zapasy cukru. Ostatnie 12 km. Wiem, że będzie bolało, bo wiem, jak czują się moje stopy. Ale wiem też, że teraz nie odpuszczę...
Ruszam...
Ostatni podbieg na Dziewiczą Górę, choć niewielki, to po 88 km boli i wyciska. Ale prę do przodu - trochę biegu, trochę marszu. Krok już bardzo dziwaczny, bo sopy nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Jest szczyt. Teraz tylko zbieg, trochę przez las i końcówka po osiedlu.
W głowie mętlik, w nogach pożar, w sercu radość. Jeszcze trochę i .... jest.
To już META, koniec. Udało się. Przecinam wstęgę, patrzę na zegarek: 11h 41 min 13 s. Krzyczę z radości.
Tak, "Jesteś twardszy niż ci się zdaje, możesz dokonać więcej niż myślisz" - motto Leadville 100 (bieg górski na dystansie 100 mil; ok. 160 km). Te słowa brzmią mi w uszach, a od środka rozpiera mnie duma.
Tak, jak napisał mi Maciej po tym biegu - nie potrzebuję sędziów, zrobiłem to!
Czuję się świetnie. Sączę colę. Wracam do domu z tarczą. Gratulacje od Żony.
Udało się. Pokonałem siebie. Zamknąłem niedokończony w Bieszczadach rozdział. Ciąg dalszy nastąpi...
Dużo się nazbierało, więc po kolei.
1. Bieg Rzeźnika.
Wyruszyliśmy zgodnie z planem czyli w środę. Zanim jednak wsiedliśmy do auta, w poniedziałek pojawił się mały problem - samochód Macieja się popsuł :(. Gorączkowe pytanie: "Co teraz?" towarzyszyło nam do wtorku. Udało się jednak zorganizować inny pojazd (dzięki pomocy kilku dobrych Ludzi) i mogliśmy ruszać.
Trasa nie należała do najciekawszych - do Łodzi jechało się całkiem nieźle, ale później... Korki, roboty na drodze, objazdy, jeszcze raz korki, roboty na drodze itd. Ostatecznie musieliśmy zmienić trasę, a do Cisnej dotarliśmy po 1.00.
Czwartek minął wypoczynkowo - zgodnie z planem. Wieczorem odprawa i wszystko jasne. Powrót do pokoju, szykowanie sprzętu i ciuszków, sprawdzenie listy i grzecznie spać, bo przecież czeka nas wczesna pobudka.
Docieramy do punktu zbiórki w Cisnej, wbijamy się do autobusu i jedziemy do Komańczy. Dreszczyk emocji (własny i innych uczestników) nie pozwala zasnąć. Staram się poukładać jakoś każdy kilometr, myślę, jak to będzie. W końcu po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy na strat. Tam jeszcze chwila, ostatnie sprawdzenie sprzętu i ...
3.00 - tradycyjny wystrzał i ruszamy. Przed nami i za nami masa ludzi (zgłosiło się około 200 ekip). Start bardzo przyjemny, choć w deszczu. Za chwilę okaże się, że deszcz nie do końca jest taki fajny. Na początku biegniemy asfaltem, potem gruntowa ścieżka (jeszcze po płaskim). Z nieba leje się coraz intensywniej. Gdzieś z przodu zza chmur straszą błyskawice i słychać grzmoty. Ciekawe, co będzie dalej.
Wbiegamy do lasu, pierwsze podbiegi. I pierwsze biegowe wybory: lepiej biec środkiem drogi i brodzić po łydki w spływającym z góry strumieniu wody i błota czy ryzykować upadek i skakać po kamieniach i wystających konarach drzew? Każdy uczestnik ma swój patent. Ja wybieram coś pomiędzy jednym, a drugim.
Po kilku kilometrach i rozmowach z weteranami pojawią się pytanie: "Czy to tempo wystarczy, żeby 75 km przebiec w 12h?" Chyba nie, ale zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.
W końcu zaczyna się przejaśniać i deszcz nie jest już taki intensywny. Powoli pniemy się w górę, to zbiegamy w dół. Płynący czas umila nam rozmowa. Najgorsze, że nie wiemy, ile jeszcze przed nami do pierwszego przepaku. W końcu jest - Przełęcz Żebrak. Ciepłe picie od organizatorów, coś na ząb z plecaka. Odpinamy kijki i prujemy dalej.
Wszystko OK. Jeszcze chwila i będziemy w Cisnej. Ale niestety radość szybko się kończy...
Ostatni zbieg przed przepakiem okazuje się także naszym ostatnim w tym biegu. Maciej wybiegł trochę do przodu. Nagle słyszę jego przedłużone krzyk: "Aaaałaaaa" i jakieś burknięcie pod nosem. Dobiegam, pytam, co się stało. Niestety Maciej skręcił nogę w kolanie. Ból nieznośny. Dochodzimy do przepaku w Cisnej.
Ocena obrażeń, walka wewnętrzna i dramatyczna decyzja - "Wycofujemy się".
Znam Maćka i wiem, że jeśli mówi, że nie da rady biec dalej, to musi byc kiepsko. A ja nie zostawię Przyjaciela. Razem przyjechaliśmy i razem wyjedziemy.
Wracamy do domku, ogarniamy się. Idziemy na śniadanie. Decydujemy, że wrócimy jutro.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze wieczorem odebrałem z Biura nasze rzeczy z przepaków, oklaskami nagrodziłem zwycięzców i wróciłem do pokoju.
W sobotę wyjeżdżamy. Po drodze basen i sauna w Krakowie - to trochę zmniejsza ból i stawia Macieja na nogi.
Wieczorem w domu.
2. Gorycz, bynt, decyzja.
Mimo wszystko nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Nie obwiniam Maćka; przecież tak samo ja mogłem skręcić nogę. Jednak w środku czyję gorycz połączoną z buntem: tyle przygotowań i wyrzeczeń i co? Przegraliśmy z mokrą trawą i błotem?!
Huśtawka nastrojów - od pogodzenia się z tym, co się stało, do złości, gniewu i łez. To musi znaleźć jakiś upust.
Dziękuję Żonie za wsparcie (chyba do końca nie rozumiała, tego co przeżywałem, ale cierpliwie znosiła moje nastroje w niedzielę i była przy mnie). To jej postawa pozwoliła mi też podjąć przełomową decyzję:
"Chcę wykorzystać potencjał, który mam, zapas sił, treningi i żar, który tli się w środku. Biegnę 100 km!" Potrzebuję tego...
3. Samotna "setka"
28. czerwca 2011 w moim biegowym życiorysie będzie ważną datą. Pobudka przed 6.00 i cel - przebiec 100 km. Postanowiłem, że zrobię ten dystans na trasie, którą znam - Koziegłowy i Puszcza Zielonka. Biegłem już tamtędy 75 km.
Plan jest prosty - 4 okrążenia po 22 km + jedno krótkie 12 km.
Zabieram plecak z bukłakiem, kilka batonów, banana, kanapki i ruszam. W domu żegna mnie Rodzinka. Już nie śpią - Dzieciaki to ranne ptaszki.
Do "Kozich" jadę autobusem.
START. Od początku przyjmuję spokojne tempo, zakładam też przerwy na marsz. Pierwsze kilometry bez żadnych problemów, pierwszy wbieg na Dziewiczą Górę też w porządku. Zabrałem na trasę aparat. Chcę zrobić kilka zdjęć, żeby mieć pamiątkę.
| Na drugim okrążeniu - w tle wieża na Dziewiczej Górze |
Zbliżam się do granicy, którą już znam - 75 km. Powoli odczuwam zmęczenie (było ciepło w tym dniu) i zaczynają doskwierać stopy. To chyba jakiś pęcherz :( Ale zaciskam zęby i biegnę dalej.
(Zmęczenie zobaczyłem dopiero na zdjęciu - te oczy)
Po 75 km stopy już mnie nieźle denerwują. Właściwie nie czuję bólu łydek, ani ud, ale te stopy... Jakbym biegał po rozżarzonych węglach! Nie chcę wiedzieć, co tam się dzieje. Biegnę dalej.
Wychodzę na ostatnią prostą przed finiszem. Za chwilę 88 km. Czuję ogromną radość i satysfakcję. Na trasie pojawia się kompan - przyjeżdża Kasia (ta, która złamała nogę na półmaratonie). Towarzyszy mi na ostatnim przepaku - dokumentuje zbieranie sił i obmyśla, jak zaimprowizować metę.
Teraz już wszystko siedzi w głowie. Zbieram się w sobie, uzupełniam płyny i zapasy cukru. Ostatnie 12 km. Wiem, że będzie bolało, bo wiem, jak czują się moje stopy. Ale wiem też, że teraz nie odpuszczę...
| Reload :) |
Ostatni podbieg na Dziewiczą Górę, choć niewielki, to po 88 km boli i wyciska. Ale prę do przodu - trochę biegu, trochę marszu. Krok już bardzo dziwaczny, bo sopy nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Jest szczyt. Teraz tylko zbieg, trochę przez las i końcówka po osiedlu.
W głowie mętlik, w nogach pożar, w sercu radość. Jeszcze trochę i .... jest.
| Ostatnie metry |
To już META, koniec. Udało się. Przecinam wstęgę, patrzę na zegarek: 11h 41 min 13 s. Krzyczę z radości.
Tak, "Jesteś twardszy niż ci się zdaje, możesz dokonać więcej niż myślisz" - motto Leadville 100 (bieg górski na dystansie 100 mil; ok. 160 km). Te słowa brzmią mi w uszach, a od środka rozpiera mnie duma.
Tak, jak napisał mi Maciej po tym biegu - nie potrzebuję sędziów, zrobiłem to!
Czuję się świetnie. Sączę colę. Wracam do domu z tarczą. Gratulacje od Żony.
Udało się. Pokonałem siebie. Zamknąłem niedokończony w Bieszczadach rozdział. Ciąg dalszy nastąpi...
18.06.2011
Zmiany i ostatnia prosta
Oj, dawno mnie tu nie było... Ale parę słów na swoje usprawiedliwienie:
Końcówka maja była dla mnie i Rodzinki czasem przeprowadzki i związanego z nią zamieszania. Kto się przeprowadzał wie, co mam na myśli. Pakowanie, odświeżanie mieszkania, sprzątanie, rozpakowywanie i takie różne... Zamieszania co nie miara :) I właśnie z tego powodu w maju nie było nowych wpisów. A później? No cóż, małe przejściowe problemy techniczne. W nowym mieszkanku nie mamy jeszcze na stałe neta. Ale w końcu się zebrałem i piszę, co u nas przed biegiem.
To już tylko sześć dni, więc zwalniamy tempo, ładujemy akumulatory i dietę wzbogacamy o większą ilość węglowodanów i tłuszczy. A jak bieganie? SUPER. Do końca maja standardowe treningi (choć trochę zaburzone przez przeprowadzkę); początek czerwca też biegowo. W minionym tygodniu ostatni sprawdzian i dłuższe wybieganie. Przebiegliśmy 22 km znaną już trasą (Puszcza Zielonka, Dziewicza Góra). Uważam, że całkiem nieźle. Luźno, spokojnie i bez spinania na czas. Wyszło 1h 37 min. Luz po biegu i praktycznie bez zmęczenia.
Do tego wczoraj 6 km, dziś też jeszcze 6. W przyszłym tygodniu w poniedziałek i wtorek 6 km (poniedziałek planujemy też ostatnie zakupy i odprawę przed "Godziną zero" jeszcze na miejscu), a w środę ruszamy z Poznania do Cisnej :)
Planujemy się wyspać, w czwartek mały rozruch, potem odpoczynek psychiczny i w piątek o 3.00 na START :) Oj, będzie się działo! :)
Pewnie nie odezwę się już przed biegiem, więc trzymajcie kciuki. Kolejny wpis po powrocie (Tylko kiedy to będzie? ;) "Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz...")
To na koniec jeszcze w ramach dodania sobie otuchy i w celach motywacyjnych motto biegu Leadville 100 (100 mil): "Jesteś twardszy, niż ci się zdaje; może dokonać więcej, niż myślisz!"
Pozdrawiam
Dla zainteresowanych - oto, co przed nami:
i jeszcze dalej: przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wołosatego (ok. 650m) - 100 km :)
P.S. Mam nadzieję, że jak będzie ciężko, to spotkamy na trasie jakiegoś bieszczadzkiego anioła, który pomoże.
Końcówka maja była dla mnie i Rodzinki czasem przeprowadzki i związanego z nią zamieszania. Kto się przeprowadzał wie, co mam na myśli. Pakowanie, odświeżanie mieszkania, sprzątanie, rozpakowywanie i takie różne... Zamieszania co nie miara :) I właśnie z tego powodu w maju nie było nowych wpisów. A później? No cóż, małe przejściowe problemy techniczne. W nowym mieszkanku nie mamy jeszcze na stałe neta. Ale w końcu się zebrałem i piszę, co u nas przed biegiem.
To już tylko sześć dni, więc zwalniamy tempo, ładujemy akumulatory i dietę wzbogacamy o większą ilość węglowodanów i tłuszczy. A jak bieganie? SUPER. Do końca maja standardowe treningi (choć trochę zaburzone przez przeprowadzkę); początek czerwca też biegowo. W minionym tygodniu ostatni sprawdzian i dłuższe wybieganie. Przebiegliśmy 22 km znaną już trasą (Puszcza Zielonka, Dziewicza Góra). Uważam, że całkiem nieźle. Luźno, spokojnie i bez spinania na czas. Wyszło 1h 37 min. Luz po biegu i praktycznie bez zmęczenia.
Do tego wczoraj 6 km, dziś też jeszcze 6. W przyszłym tygodniu w poniedziałek i wtorek 6 km (poniedziałek planujemy też ostatnie zakupy i odprawę przed "Godziną zero" jeszcze na miejscu), a w środę ruszamy z Poznania do Cisnej :)
Planujemy się wyspać, w czwartek mały rozruch, potem odpoczynek psychiczny i w piątek o 3.00 na START :) Oj, będzie się działo! :)
![]() |
| Smerek 1222 m n.p.m. - Koniec III etapu Biegu 51 km |
Pewnie nie odezwę się już przed biegiem, więc trzymajcie kciuki. Kolejny wpis po powrocie (Tylko kiedy to będzie? ;) "Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz...")
To na koniec jeszcze w ramach dodania sobie otuchy i w celach motywacyjnych motto biegu Leadville 100 (100 mil): "Jesteś twardszy, niż ci się zdaje; może dokonać więcej, niż myślisz!"
Pozdrawiam
Dla zainteresowanych - oto, co przed nami:
i jeszcze dalej: przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wołosatego (ok. 650m) - 100 km :)
P.S. Mam nadzieję, że jak będzie ciężko, to spotkamy na trasie jakiegoś bieszczadzkiego anioła, który pomoże.
3.05.2011
Urodzeni biegacze w "BIEGANIU" :)
W najnowszym numerze miesięcznika "BIEGANIE" (maj nr 4/2011, str. 8) w rubryce "List miesiąca" zamieszczony został mój krótki tekst.Jakiś czas temu napisałem do Redakcji Miesięcznika maila nt. przygotowań do Biegu Rzeźnika. W ten sposób nawiązałem kontakt z Gazetą.
Bardzo się cieszę, że mój krótki tekst okazał się dla Redakcji interesujący. Dziękujemy za doping i wszelkie rady, które otrzymaliśmy od Zespołu "BIEGANIA" :)
Przy tej okazji dodam, że majowy numer "BIEGANIA" jest numerem jubileuszowym (50), a na jego łamach można znaleźć wiele ciekawych artykułów.
Polecam cały numer, a w nim m.in. :
- artykuł "Twórca i tworzywa" o tym, jak być jednocześnie zawodnikiem i trenerem,
- "Zamień dom w obóz" - porady profesjonalistów i amatorów, jak wycisnąć więcej z treningu i zorganizować obóz biegowy w codziennym zabieganiu,
- "Oblicza dopingu" - o ciemnej stronie sportu, także od strony psychologicznej,
- obszerny test butów do biegania naturalnego,
- ranking sklepów ze sprzętem dla biegaczy - ciekawy i wyczerpujący artykuł dla poszukujących dobrych sklepów biegowych,
Miłej lektury!
26.04.2011
Bieg Rzeźnika - Prolog
W końcu zebrałem się w sobie, żeby napisać kilka słów o naszym pierwszym biegu ultra.
A było to tak:
Podczas przygotowań do startu w Biegu Rzeźnika, ustaliliśmy z Maciejem, że byłoby dobrze zrobić jeden długi bieg w ramach testu. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie pobiec przed Świętami Wielkanocnymi (środa lub czwartek), żeby podczas nich odpocząć. Tym bardziej, że dystans biegu miał wynosić bagatela 75 km. Termin wydawał się dobry, zwłaszcza, że już od środy (20.04.) planowałem rozpocząć urlop ojcowski. Niestety z planów nici, a urlop przesunął się na pierwszy tydzień maja. No, ale jeśli słowo się rzekło, to nie było odwrotu. Termin testu wyznaczyliśmy na 21.04.
O dziwo, nie czułem przed biegiem emocji tak charakterystycznych dla startu w maratonie. Może dlatego, że nie wisiało nade mną widmo "życiówki" i walki o czas. Położyłem się w środę z pełnym luzem psychicznym i czekałem na następny dzień.
Czwartek, pobudka o 5.15.
Start ustaliliśmy na 7.00, ale wiadomo - trzeba się od rana ociosać, zjeść coś i zostawić rezerwę czasową między jedzeniem a startem. Po śniadanku (2 bułki z serem topionym i szynką, jajko, herbata), pakowanie camelbaga: 2 litry napoju izotonicznego (nie podaję nazwy, by nie być posądzonym o kryptoreklamę :) ), 2 bułki z serem i wędliną, 2 banany, 2 batony czekoladowe i żelki - misie. Do tego 1,5 litra wody i zapas izotoniku do pozostawienia na przepaku (przepak u Macieja w piwnicy). Ubrany w nowe ciuszki i z plecaczkiem wyszedłem z domu.
Spotkanie z Maciejem, zostawiamy sprzęt w piwnicy, krótko omawiamy strategię i ruszamy.
W sumie, znamy już trasę (przynajmniej częściowo - biegliśmy już nią 44 km), więc się nie stresujemy.
Pierwsze kółko (22 km) bez problemów. No, może gdyby nie liczyć małego pożaru, który zauważyliśmy w okolicy 15 km. Zawsze coś. Jednak robota nas lubi i nawet tu nie możemy uciec od ratownictwa :). Maciej dzwoni do straży pożarnej, zgłasza zdarzenie i po potwierdzeniu z Miejskiego Stanowiska Kierowania, ruszamy dalej.
Po drugim kółku robimy krótką przerwę na "przepaku", uzupełniamy izotonik, pijemy wodę (trochę nas zasłodziło) i lecimy.
Przekroczyliśmy granicę 44 km i powoli wchodzimy w obszar ultra. Nie czujemy zmęczenia, tempo mamy spokojne, zapas sił w nogach i głowie. Co ważne, sprawdza się to, co chcieliśmy poddać testowi. Ciuchy bez zarzutu (ładnie odprowadzają wilgoć - nie jesteśmy mokrzy), skarpetki też bez zarzutu - nie czujemy żadnego dyskomfortu w stopach. Jedzenie też ok. Nie czujemy się głodni, dobrze racjonujemy przekąski. I co najważniejsze - my sami zdajemy test.
Próbujemy też różnych metod pokonywania trasy: bieg, marszobieg, marsz, bieg przeplatany marszem. Wszystko się sprawdza. Nie ma zakwasów, głowa też wolna od czarnych myśli.
Zbliżamy się poraz trzeci do Dziewiczej Góry. Zanim będziemy na szczycie czeka nas jeszcze kilka podbiegów i zbiegów, potem prosta i stromo pod górę. Postanawiamy, że na szczycie robimy krótki postój i ładujemy baterie. Obieramy też strategię - pierwszą część podbiegu i prostą biegniemy, strome podejście robimy marszem. A podbieg wyglądał tak:
Udało się. Jesteśmy na szczycie. To już 55 km. Przed nami jeszcze tylko :) 20 km. Chwila przerwy i regeneracji. Zastanawiamy się jak będą wyglądały przepaki na Rzeźniku. Ten odpoczynek i posiłek, to też element testu, jak zareagujemy na chwilową pauzę.
Odpoczynek skłania nas też do poruszenia poważnych tematów - praca, jej sens, powołanie...
Po kilku minutach ruszamy dalej.
Teraz bieg przeplatamy marszem. Dochodzimy do ostatniego odcinka przed końcowymi 9 km. Zostało jeszcze trochę. Biegniemy i idziemy nasypem wzdłuż torów. Za trzecim razem ten odcinek wybitnie działa nam na nerwy. Słońce grzeje, a teren bez cienia, do tego bardzo nierówna nawierzchnia. Ale dajmy radę. Na Rzeźniku czeka nas pewnie nie jeden taki odcinek.
W końcu jest - 66 km za nami. Pozostało jeszcze 9 :). Zatrzymujemy się na naszym technicznym przepaku. Zaopatrujemy się w osiedlowym sklepiku w wodę. Uzupełniamy zapasy i ruszamy. Już trochę się nie chce. Pponad 7 h na trasie daje się odczuć. Nawet nie fizycznie, ale trochę już się dłuży. Humory jednak dopisują. Kolejny raz stwierdzamy, że w naszych żyłach płynie "rocket fuel" :) i nie ma ściemy.
Ostatnie 3 kółka po 3 km. Już po osiedlu. Czujemy dystans w nogach. Mnie najbardziej denerwuje uczucie parzenia podbicia stopy. Nie to nie bąble, to takie irytujące uczucie, ale prę do przodu.
Teraz odpoczywamy. Właściwie więcej marszu, niż biegu, ale to nie jest potępieńczy marsz. Na końcówce podrywamy się znów do biegu. I...
Koniec :) 75 km za nami. Udało się to zrobić w 8 h 57 min i 11 s. To znowu lepiej, niż początkowo zakładaliśmy (liczyliśmy, że zajmie nam to 10 h). Siadamy na schodkach przed blokiem Maćka. Maciej kupuje colę, chwilę rozmawiamy i wracamy do domów.
Jesteśmy z siebie DUMNI. Skończyliśmy bieg w dobrej kondycji psycho - fizycznej. Mamy zapas ponad 3 godzin do regulaminowego czasu na Rzeźniku (żeby ruszyć na dodatkowy odcinek hardcore, trzeba dystans podstawowy - 75 km - ukończyć w 12h).
Było SUPER. Teraz, po kilku dniach emocje opadły, ale i tak czuję, że damy radę w czerwcu.
Pokonaliśmy nie tylko pierwszy dystans ultra, ale też samych siebie; bo bieganie jest środkiem, a człowiek celem. Nie chodzi o to, żeby przebiec metę, ale by udoskonalić człowieka.
Przed nami jeszcze dużo pracy i nie spoczywamy na laurach.
Trzymajcie kciuki, a jeszcze o nas usłyszycie.
P.S. Na koniec 2 zdjęcia z przepaku na 55 km:
A było to tak:
Podczas przygotowań do startu w Biegu Rzeźnika, ustaliliśmy z Maciejem, że byłoby dobrze zrobić jeden długi bieg w ramach testu. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie pobiec przed Świętami Wielkanocnymi (środa lub czwartek), żeby podczas nich odpocząć. Tym bardziej, że dystans biegu miał wynosić bagatela 75 km. Termin wydawał się dobry, zwłaszcza, że już od środy (20.04.) planowałem rozpocząć urlop ojcowski. Niestety z planów nici, a urlop przesunął się na pierwszy tydzień maja. No, ale jeśli słowo się rzekło, to nie było odwrotu. Termin testu wyznaczyliśmy na 21.04.
O dziwo, nie czułem przed biegiem emocji tak charakterystycznych dla startu w maratonie. Może dlatego, że nie wisiało nade mną widmo "życiówki" i walki o czas. Położyłem się w środę z pełnym luzem psychicznym i czekałem na następny dzień.
Czwartek, pobudka o 5.15.
Start ustaliliśmy na 7.00, ale wiadomo - trzeba się od rana ociosać, zjeść coś i zostawić rezerwę czasową między jedzeniem a startem. Po śniadanku (2 bułki z serem topionym i szynką, jajko, herbata), pakowanie camelbaga: 2 litry napoju izotonicznego (nie podaję nazwy, by nie być posądzonym o kryptoreklamę :) ), 2 bułki z serem i wędliną, 2 banany, 2 batony czekoladowe i żelki - misie. Do tego 1,5 litra wody i zapas izotoniku do pozostawienia na przepaku (przepak u Macieja w piwnicy). Ubrany w nowe ciuszki i z plecaczkiem wyszedłem z domu.
Spotkanie z Maciejem, zostawiamy sprzęt w piwnicy, krótko omawiamy strategię i ruszamy.
W sumie, znamy już trasę (przynajmniej częściowo - biegliśmy już nią 44 km), więc się nie stresujemy.
Pierwsze kółko (22 km) bez problemów. No, może gdyby nie liczyć małego pożaru, który zauważyliśmy w okolicy 15 km. Zawsze coś. Jednak robota nas lubi i nawet tu nie możemy uciec od ratownictwa :). Maciej dzwoni do straży pożarnej, zgłasza zdarzenie i po potwierdzeniu z Miejskiego Stanowiska Kierowania, ruszamy dalej.
Po drugim kółku robimy krótką przerwę na "przepaku", uzupełniamy izotonik, pijemy wodę (trochę nas zasłodziło) i lecimy.
Przekroczyliśmy granicę 44 km i powoli wchodzimy w obszar ultra. Nie czujemy zmęczenia, tempo mamy spokojne, zapas sił w nogach i głowie. Co ważne, sprawdza się to, co chcieliśmy poddać testowi. Ciuchy bez zarzutu (ładnie odprowadzają wilgoć - nie jesteśmy mokrzy), skarpetki też bez zarzutu - nie czujemy żadnego dyskomfortu w stopach. Jedzenie też ok. Nie czujemy się głodni, dobrze racjonujemy przekąski. I co najważniejsze - my sami zdajemy test.
Próbujemy też różnych metod pokonywania trasy: bieg, marszobieg, marsz, bieg przeplatany marszem. Wszystko się sprawdza. Nie ma zakwasów, głowa też wolna od czarnych myśli.
Zbliżamy się poraz trzeci do Dziewiczej Góry. Zanim będziemy na szczycie czeka nas jeszcze kilka podbiegów i zbiegów, potem prosta i stromo pod górę. Postanawiamy, że na szczycie robimy krótki postój i ładujemy baterie. Obieramy też strategię - pierwszą część podbiegu i prostą biegniemy, strome podejście robimy marszem. A podbieg wyglądał tak:
Udało się. Jesteśmy na szczycie. To już 55 km. Przed nami jeszcze tylko :) 20 km. Chwila przerwy i regeneracji. Zastanawiamy się jak będą wyglądały przepaki na Rzeźniku. Ten odpoczynek i posiłek, to też element testu, jak zareagujemy na chwilową pauzę.
Odpoczynek skłania nas też do poruszenia poważnych tematów - praca, jej sens, powołanie...
Po kilku minutach ruszamy dalej.
Teraz bieg przeplatamy marszem. Dochodzimy do ostatniego odcinka przed końcowymi 9 km. Zostało jeszcze trochę. Biegniemy i idziemy nasypem wzdłuż torów. Za trzecim razem ten odcinek wybitnie działa nam na nerwy. Słońce grzeje, a teren bez cienia, do tego bardzo nierówna nawierzchnia. Ale dajmy radę. Na Rzeźniku czeka nas pewnie nie jeden taki odcinek.
W końcu jest - 66 km za nami. Pozostało jeszcze 9 :). Zatrzymujemy się na naszym technicznym przepaku. Zaopatrujemy się w osiedlowym sklepiku w wodę. Uzupełniamy zapasy i ruszamy. Już trochę się nie chce. Pponad 7 h na trasie daje się odczuć. Nawet nie fizycznie, ale trochę już się dłuży. Humory jednak dopisują. Kolejny raz stwierdzamy, że w naszych żyłach płynie "rocket fuel" :) i nie ma ściemy.
Ostatnie 3 kółka po 3 km. Już po osiedlu. Czujemy dystans w nogach. Mnie najbardziej denerwuje uczucie parzenia podbicia stopy. Nie to nie bąble, to takie irytujące uczucie, ale prę do przodu.
Teraz odpoczywamy. Właściwie więcej marszu, niż biegu, ale to nie jest potępieńczy marsz. Na końcówce podrywamy się znów do biegu. I...
Koniec :) 75 km za nami. Udało się to zrobić w 8 h 57 min i 11 s. To znowu lepiej, niż początkowo zakładaliśmy (liczyliśmy, że zajmie nam to 10 h). Siadamy na schodkach przed blokiem Maćka. Maciej kupuje colę, chwilę rozmawiamy i wracamy do domów.
Jesteśmy z siebie DUMNI. Skończyliśmy bieg w dobrej kondycji psycho - fizycznej. Mamy zapas ponad 3 godzin do regulaminowego czasu na Rzeźniku (żeby ruszyć na dodatkowy odcinek hardcore, trzeba dystans podstawowy - 75 km - ukończyć w 12h).
Było SUPER. Teraz, po kilku dniach emocje opadły, ale i tak czuję, że damy radę w czerwcu.
Pokonaliśmy nie tylko pierwszy dystans ultra, ale też samych siebie; bo bieganie jest środkiem, a człowiek celem. Nie chodzi o to, żeby przebiec metę, ale by udoskonalić człowieka.
Przed nami jeszcze dużo pracy i nie spoczywamy na laurach.
Trzymajcie kciuki, a jeszcze o nas usłyszycie.
P.S. Na koniec 2 zdjęcia z przepaku na 55 km:
![]() |
| Ile jeszcze przed nami? |
![]() |
| Po 55 km nawet bułka inaczej smakuje :) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)




