"Poza najdalej wysuniętym bastionem zmęczenia i bólu odkryjemy pokłady mocy i ukojenia, o jakie siebie samych nie podejrzewaliśmy; źródła obfite i nienapoczęte, ponieważ nigdyśmy wcześniej się do nich nie przebili" (William James/Scott Jurek)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

8.01.2014

Suplement

W ramach uzupełnienia poprzedniego wpisu pojawiło się w mojej głowie jeszcze kilka myśli, którymi chciałbym się z Wami podzielić.
Może będą dla kogoś z Was inspiracją, może pomogą zrobić kolejny krok, a może pozwolą (podobnie jak mi) spojrzeć z boku na siebie, otaczający świat, na swoją obecną sytuację i stawić czoło wszystkim przeszkodom, by odważnie ruszyć do walki...

Szukając inspiracji do treningów trafiłem w zeszłym roku na książkę "Obóz treningowy" autorstwa Jon'a Gordon'a.
Na pierwszy rzut oka nie ma ona nic wspólnego z bieganiem - głównym bohaterem jest zawodnik drużyny futbolu amerykańskiego (Więcej treści nie zdradzę, ale książkę polecam!)
Jednak zawarte w niej rady i cała opisana historia mogą znaleźć odniesienia w bieganiu i wielu innych dziedzinach życia.
Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa tematy. Pierwszy zawarty jest w 20 rozdziale książki: "Dwanaście sposobów na wzmocnienie hartu ducha". Nie będę przytaczał wszystkich, ale jeden szczególnie wart jest zatrzymania:

"Gdy ponosisz porażkę, spróbuj się coś z niej nauczyć, 
a następnie przypomnij sobie chwilę sukcesu"

Te słowa mocno mi pomogły i staram się nie zapominać o tej zasadzie. Polecam, bo warto!
Naprawdę - kiedy jest źle, nie ma co drążyć sprawy, tylko wyciągnąć wnioski i odwołując się do nawet najmniejszych sukcesów w jakiejkolwiek dziedzinie życia - cieszyć się tymi chwilami, pielęgnować je w sobie i z nich czerpać siły do walki!

I druga sprawa, która też wpisuje się w temat noworocznych postanowień.
Często sam łapię się na tym, że oglądając się na innych, gonię za wyimaginowanymi sukcesami albo zastanawiam się, czemu inni odnoszą sukcesy (czemu im coś "wychodzi") a ja nie. Jak pisałem w poprzednim poście, zamierzam skończyć z takim myśleniem, jednocześnie pamiętając, że sukces (w jakiejkolwiek dziedzinie) odnoszą najlepsi.
Więc jeśli CHCESZ (ja także)  być najlepszym biegaczem, siłaczem, pracownikiem, mężem, tatą (możesz tu wstawić każde inne słowo, rolę, stanowisko itp.) to pamiętaj, że:

 1. Najlepsi wiedzą, czego chcą.
 2. Najlepszym bardziej zależy.
 3. Najlepsi zawsze starają się być coraz lepsi.
 4. Najlepsi robią zwykłe rzeczy lepiej niż inni.
 5. Najlepsi skupiają się na konkretach.
 6. Najlepsi mają większą siłę psychiczną.
 7. Najlepsi przezwyciężają swój strach.
 8. Najlepsi wykorzystują nadarzającą się okazję.
 9. Najlepsi odwołują się do siły większej niż oni sami.
10. Najlepsi zostawiają po sobie ślad.
11. Najlepsi sprawiają, że ludzie wokół nich zmieniają się na lepsze.
 /Jon Gordon, "Obóz treningowy", MT Biznes 2012, s. 149/

A więc...

Do boju, NAJLEPSI!!!


4.01.2014

Bilans zysków i strat

Kilka dni 2014 roku już za nami. Nowy rok nabiera realnych kształtów i staje się faktem, a stary - 2013 na dobre odszedł w przeszłość.
Dookoła podsumowania, bilanse i plany na przyszłość. Szczerze mówiąc, broniłem się przed ślepym pędem za tłumem i robieniem szumnych przemyśleń o tym, co było i co będzie. Ale może jednak warto spojrzeć z boku i z dystansem na miniony rok i wyartykułować plany na obecny?
OK. Niech będzie.

Zeszły rok nie był dla mnie łatwy. Nie tylko biegowo. I ta "niełatwość" właśnie na bieganiu się odbiła. Przekonałem się, że nie zawsze bieganie jest lekiem na całe zło. Czasem bywa tak, że człowiek nie znajduje już radości nawet w tym, co jest jego pasją...
W związku z tym, nie wyszły starty, o których myślałem i na które liczyłem. Przede wszystkim wypadła Krynica z Biegiem Siedmiu Dolin. Nie było też półmaratonu i maratonu.
Także jeśli chodzi o blog i FB, to aktywność raczej marna.

Ale.. ostatecznie jednak rok zakończył się dobrze i wiem, że teraz będzie już tylko lepiej. A skoro jest pozytywny akcent, to słów kilka o tym, co biegowo się udało.
Bardzo cieszę się ze startu w Wilczych Groniach, Biegu Wygasłych Wulkanów i rozpoczęcia startów w GP Poznania w biegach przełajowych. Cieszy mnie też rowerowa aktywność i właściwie całkowita zamiania komunikacji miejskiej na dwa koła :) (również zimą).
Wilcze Gronia to pierwsze biegowe zmagania ze śniegiem i górami. Wynik nie zachwyca, ale fajna impreza, nowe znajomości i doświadczenia. "Wulkany" - świetna ekipa z pracy i super zabawa, a przy okazji bieganie z przeszkodami i błotem w tle. A co do GP - pierwszy start na początku listopada, drugi pod koniec i czas poprawiony. Poza tym zrodził się nowy cel, przyszła motywacja, kolejne znajomości i duża radość (jeszcze trochę o tym będzie).
Na plus zaliczam też pomysł Akademii Biegacza Amatora - ABA (mam pomysły na kolejne artykuły, ale muszę to poukładać i skrystalizować). No i najważniejsze - bardzo cieszy mnie odkryta na nowo radość z biegania, odnaleziona motywacja i poczucie ogólnego dobrostanu!!! :)

Reasumując - nic z tego, co było nie odejmę, nic też nie dodam. 2013 rok przeszedł do historii, opuszczam nad nim zasłonę i zamykam ten rozdział życia na dobre.

A co w takim razie w 2014?
Bardzo proszę: jest kilka pomysłów i planów, które nieustannie jak burza przetaczają się po mojej głowie, więc w sposób mniej lub bardziej uporządkowany je przedstawiam:

1. Robić swoje. Tzn. spokojnie i konsekwentnie realizować swój plan treningowy, a co za tym idzie...
2. Nie oglądać się na innych, nie porównywać. To krótka droga do frustracji lub niepotrzebnej dumy. Zawsze będzie ktoś lepszy i ktoś gorszy (tak już w życiu jest).
3. Skupić się na jakości, a nie na ilości i długości (bez skojarzeń proszę;)) treningów. Inaczej mówiąc - jeśli w planie jest siła, to skupić się maksymalnie na tej jednostce treningowej i zrobić trening na maksa. Tak samo z szybkością. A jak ma być easy run, to easy, a nie naparzanie przez zajechanie :)
4. Kontynuować i rozwijać trening ogólny (poza biegowy, m.in. siłowy).
5. Nie zapominać o rozciąganiu.
6. Stosować metodę małych kroków lub jak kto woli "po nitce, do kłębka" czyli obierać mniejsze cele i z ich realizacji czerpać motywację do dalszych treningów i startów.
7. Zrealizować plany rozwoju ABA.
8. Zwiększyć (także jakościowo polepszyć) aktywność na blogu i FB; regularnie uzupełniać dane na dailymile.com.
9. Cieszyć się tym, co jest i co udało się osiągnąć.
10. Nie chcieć na siłę startować we wszystkich biegach, w jakich biorą udział znajomi (patrz pkt. 2).
11. Ukończyć GP Poznania i zbliżyć się do czasu 20 min.
12. Ukończyć Wilcze Gronia i nie grzać tyłów listy wyników.
13. Ukończyć Chudego Wawrzyńca (+50) - nie być ostatnim i zejść poniżej 10 h.
14. Przebiec co najmniej 1000 km w roku (choć wiem, że jak będę konsekwentny w treningach, to na pewno będzie więcej).
15. Trzymać dobre nawyki żywieniowe - nie jeść po 18.00, a słodycze pałaszować raz w tygodniu.

I jeszcze: nie marudzić, więcej się uśmiechać, cieszyć się z małych rzeczy, napierać i...
... ZAWSZE WALCZYĆ DO KOŃCA!!!

Na dziś tyle. Ufff. Udało się dobrnąć do końca. Mam nadzieję, że Wam też.
Wrócimy do tego posta za rok :)

31.12.2013

Noworocznie

Moi Drodzy Euforowicze!

Wieczór i noc przejścia starego roku w nowy sprzyja wspomnieniom i snuciom planów na przyszłość. Na to jeszcze przyjdzie czas...

Tymczasem w ten ostatni wieczór 2013 roku, dziękując wszystkim stałym Czytelnikom (a także wpadającym tu od czasu do czasu) za miniony czas, życzę w 2014 roku samych udanych startów, inspirujących treningów i sukcesów w każdej walce, także tej najważniejszej - z samym sobą :)
NAJLEPSZEGO!!

I pamiętajcie:

"The world ain't all sunshine and rainbows. It's a very mean and nasty place... and I don´t care how tough you are, it will beat you to your knees and keep you there permanently, if you let it. You, me or nobody, is gonna hit as hard as life. But ain't about how hard you hit... It's about how hard you can get hit, and keep moving forward... how much you can take, and keep moving forward. That´s how winning is done. Now, if you know what you worth, go out and get what you worth. But you gotta be willing to take the hits. And not pointing fingers saying: You ain´t what you wanna be because of him or her or anybody. Cowards do that and that ain´t you! You´re better than that"
- Rocky Balboa








4.11.2013

Bieganie - Reaktywacja

Hej :D

Dawno mnie tu nie było i jest co nadrabiać. Jednak nie będę rozwodził się na temat tego, co wydarzyło się (lub nie wydarzyło) od ostatniego wpisu. Wspomnę tylko, że różne zawirowania spowodowały, że planowany start w Biegu Siedmiu Dolin się nie odbył, a motywacja do biegania znacznie spadła (mniej więcej do poziomu depresji holenderskiej). I tak do wczoraj - bryndza, brak chęci, zero radości z biegania, ogólny "tumiwisizm" treningowy, bez celu i na samym dnie czarnej dziury. A do tego jeszcze nawet rower odmówił współpracy - złamana tylna oś wyłączyła mnie na dłużej nawet z tak trywialnej aktywności jak jazda do pracy...
Podjąłem nawet kilka prób powrotu do regularnych treningów, ale nic z tego nie wyszło :(

I w końcu - przełamałem się. I powoli, powoli zacząłem układać w głowie plany biegowe. Zwoje mózgowe prostowały się i zwijały z prędkością światła, głowa pełna była pomysłów. Z pomocą przyszła ponowna lektura kilku artykułów w "Bieganiu" i rozmowy z kolegami biegaczami (szczególne "Dzięki" dla Ariela i Marka). To jeszcze nie czas i miejsce, żeby szczegółowo przedstawić plany na przyszły rok; uchylę tylko rąbka tajemnicy, że są biegi płaskie i górskie, periodyzacja treningu, krótsze dystanse jako forma przygotowania do innych startów... Ogólnie rzecz ujmując doszedłem do wniosku, że sukces ma wielu ojców (a w tym przypadku środków treningowych) i czas najwyższy po 5 (sic!) latach biegania podejść do sprawy całościowo.

Ale w sumie nie o tym chciałem pisać, więc zawracam i konkretnie.
Wczoraj brałem udział w pierwszym biegu z cyklu Grand Prix Poznania Z biegiem natury. Dystans: 5 km wokół Jeziora Rusałka. Na bieg jechałem z mieszanymi uczuciami - z jednej strony zupełny luz psychiczne i żadnego napinania na wynik, z drugiej chęć powalczenia i naładowania akumulatorów.
Ostatecznie stanąłem w strefie poniżej 23 minut, zakładając, że nie ma co się przeciskać z samego końca do przodu, a jak wyjdzie poniżej 25 to będzie dobrze.
No i ruszyliśmy. Pierwsze kilkadziesiąt metrów wystarczyło, żeby w głowie coś się przełączyło i przeszedłem w tryb ścigania. Niesamowite, ale zacząłem przeć do przodu jak mały parowóz, zostawiając za sobą kolejnych biegaczy. To tylko podkręciło moje emocje, wyłączyło myślenie o ewentualnym zmęczeniu i dało kopa do dalszego napierania :D. I tak mijałem następne osoby, przesuwałem się do przodu, wprost łykając kolejne metry. Na 3 km wiedziałem, że już nie odpuszczę i choćby nie wiem co - pocisnę do końca. Po minięciu znacznika 4 km dałem radę jeszcze trochę podkręcić tempo, a na ostatnich metrach przebierałem nóżkami, jak solistki w "Jeziorze łabędzim". Ostatecznie wbiegłem na metę, gdy zegar wskazywał 22 min 5 s. Na moim zegarku - 22:10. Dziś sprawdziłem wyniki: czas netto 22:02 czyli 4:26/km i 201 miejsce w kategorii OPEN na 776 osób, które ukończyły bieg.
Jednym słowem - SUKCES. Ogromna radość, niedowierzanie na mecie. Nie spodziewałem się takiego wyniku, biorąc pod uwagę 3 biegowo jałowe miesiące, wzrost wagi, spadek formy i nocny dyżur przed biegiem. Połączenie tych wszystkich elementów sprawiło, że złapałem wiatr w żagle, odnalazłem motywację a przede wszystkim zagubioną radość z biegania!! Poza tym - był to mój pierwszy sukces od dłuższego czasu. Sukces w ogóle - nie tylko biegowo. W końcu coś się udało i sprawiło mi to wiele radości. Potrzebowałem tego impulsu, żeby ruszyć do przodu.
Teraz mając się o co zaczepić, mogę poruszyć ziemię (parafrazując Archimedesa). Czekam z niecierpliwością na kolejny start, który już 30 listopada. Ponieważ znów będę po dyżurze, szykują się duże emocje.

A tak wygląda euforia na mecie:


P.S. Aniu, dziękuję za zdjęcia

22.07.2013

Łomatko! Minął tydzień :)

Miło robić takie wpisy. Pełne entuzjazmu, radości. Bez marudzenia, smęcenia. Ostatni tydzień przyniósł wiele dobrego w kwestii treningów (choć nie tylko). Ale ponieważ blog jest biegowy, to podzielę się z Wami radością biegania.

To naprawdę miłe uczucie, odkryć na nowo radość w bieganiu i treningach! :) Miałem z tym ostatnio problem i przyznam, że nie chciało wychodzić mi się na treningi, biegać, ćwiczyć. Ogólnie - brakowało mi motywacji, chęci i nie znajdowałem w tym wszystkim dawnej radości.
Jednak nastąpił mały przełom i nagle - nie wiadomo skąd (pewnie z nienacka) - pojawił się przypływ biegowej mocy. Pewnie gdzieś tam, w głowie, w końcu zapaliła się lampka i czerwony napis: "Krynica sama się nie pobiegnie!" I choć start nie zależy tylko od poziomu wytrenowania, to jednak bez treningu na pewno będzie lipa. (Dla niezorientowanych przypomnę, że planuję start w Biegu Siedmiu Dolin)
I tak od początku tygodnia treningi szły jak po sznurku :)
W poniedziałek: trening ogólny (pompki, brzuszki, przysiady); we wtorek: 10 km w Lasku Marcelińskim (nowe odkrycie, jeśli chodzi o teren do trenowania; piękne okoliczności przyrody, dwie dobrze oznaczone i ciekawe pętlę - 4,12 km i 2,45 km, każda zakończona sympatyczną górką, zapach lasu i w ogóle - biegowe "Ach!" i "Och!") - dobry trening, jednocześnie pokazujący, że czasy w trailu są wolniejsze od tych asfaltowych. Godzina biegani po lesie i uśmiech przez cały dzień. W środę trening ogólny ze sztangą, czwartek: podbiegi na marcelinskiej górce. Była MOC! Piątunio znowu na siłowo, a w niedzielę: 21 km po lesie. Wrrr!! Rewelacja :)
Ach, cóż powiedzieć? Cieszę się, udało się zrealizować założenia treningowe. Tym bardziej, że poziom ogólnego zmęczenia był na poziomie HARD (kilka nocek w pracy skutecznie rozbiło system). I mimo to udało się tyle zrobić! Jestem zadowolony.
Zresztą ten tydzień wpisuje się w towarzyszące mi ostatnio hasło Navy SEALS - "Jedyny łatwy dzień był wczoraj"
A w ramach biegowych dodatków - udało się zrobić batoniki proteionowo - węglowodanowe. Przepis znalazłem TUTAJ. Trochę go zmodyfikowałem (zrobiłem bez orzechów, ale za to z wiórkami kokosowymi). Sprawdziły się - jako przekąska w ciągu dnia, przed treningiem, podczas wybiegania i po treningach. Mocne uderzenie węglowodanów a przy okazji trochę białka. (Szkoda, że już się skończyły. Będę musiał zrobić nową partię).

I do tego wszechobecny rower :) Swoją drogą zastanawiam się jak na trening biegowy przekłada się moja codzienna jazda na rowerze. Teraz to mój główny środek transportu. Jak muszę się przesiąść do komunikacji miejskiej to robi mi się gorąco.

Mam nadzieję, że rozpoczynający się właśnie tydzień będzie równie udany. W założeniu jest 50 + (km/tydzień), jak będzie zobaczymy. Jednak doświadczenia poprzedniego tygodnia nastrajają pozytywnie i ruszam do treningów z założeniem: "Nie kończę, kiedy się zmęczę. Kończę, gdy zrobię trening!"

To na koniec jeszcze nutka do treningów :)




5.07.2013

MovNat



No i w końcu się udało! Po kilku niedogranych terminowo próbach umówienia się na trening, wczoraj udało się zgrać z Karolem.

Od dłuższego czasu chodziło z mną coś nowego. Bieganie po asfalcie, ciągłe uklepywanie tych samych ścieżek - nawet jeśli przeplatane jakimiś interwałami czy tempówkami - wcześniej czy później staje się nudne i zamula człowieka. Pojawia się myśl o urozmaiceniu treningów, zaczynają się poszukiwania - "Co by tu jeszcze zrobić?". Poszukiwania z delikatną nutką dekadencji. Wspomnienia dziecięcych zabaw - wchodzenie na drzewa, taplanie się w błocie, zdarte łokcie i kolana, smak piasku w ustach. Gdzieś w środku odzywa się dzika natura i zew walki.
Właśnie jestem na takim etapie biegowej przygody. Miejskie bieganie zaczyna mnie męczyć i nudzić. Szukam nowych doświadczeń, wrażeń i wyzwań. A start w Wygasłych Wulkanach tylko rozbudził mój apetyt...
Na fali tych poszukiwań postanowiłem spróbować biegania w wersji "hardcore outdoor". Na razie bez szaleństw (toż to pierwszy trening), ale jednak z pazurem :) I tu następuje powrót do początku tego wpisu.

Wczoraj wybrałem się razem z kolegą z pracy na Cytadelę. Chciałem na własnej skórze przekonać się jak to jest pobiegać i poćwiczyć tam, gdzie jak określił Karol: "Kończy się Poznań a zaczyna Narnia". Po Cytadeli biegałem już wielokrotnie - także po tych mniej uczęszczanych ścieżkach, ale nie miałem jeszcze okazji obiec prawie całego Fortu Winiary dookoła.
Na trening dojechałem rowerem. Karol już czekał. Umówiliśmy się przy armatach pod schodami (mieszkańcy Poznania kojarzą doskonale to miejsce). I właściwie już tu rozpoczął się trening.
Pierwsze ćwiczenia - wejście z rowerem na górę (oczywiście poza konkurencją). Ale jakby nie patrzeć - wtachanie się z rowerkiem po tych majestatycznych schodach zwieńczonych cokołem (swoją drogą zastanawiam się czy nie był to celowy zabieg architektoniczny; przecież w "tamtych czasach" monumentalne budowle były bardzo popularne ;)) podbiło trochę tętno, już i tak podniesione niepewnością, jakież to treningowe atrakcje przygotował Karol.
Rower zabezpieczony i udajemy się na polankę pod Dzwonem Pokoju. Tu krótka rozgrzewka i pierwsza stacja ćwiczeniowa - 6 ćwiczeń wykonywanych przez 30 s każde. Chodzi o to, żeby uruchomić jak największą liczbę mięśni, popracować trochę w warunkach beztlenowych, podbić tętno i pobudzić metabolizm. Idzie całkiem nieźle (to ocena subiektywna, ale skoro Karol nie połamał rózgi na moich łydkach, to chyba faktycznie dawałem radę). I jakby na potwierdzenie tego, Karol dorzuca w bonusie jeszcze dwa ćwiczenia. Łyk wody i ruszamy dalej.
Teraz bieg - żeby odpocząć :) Przecinamy polanę i wpadamy na jakąś boczną ścieżkę. Trochę w górę (Karol pokrzykuje, żeby podbiegać na maksa i dynamicznie, więc przyspieszam i wydłużam krok), trochę w dół. Piach, błoto, korzenie, trawa. Asfalt przecinamy tylko w poprzek. W okolicach amfiteatru czeka nas ostry zbieg i podbieg, a potem dalej wzdłuż fosy i docieramy do kolejnej stacji ćwiczeniowej. Wita nas betonowy kloc wysokości około 60 cm, na który każdy z nas wykonuje 20 wskoków obunóż. I już śmigamy dalej. Dynamizm jest podstawą. Kolejne górki, wąskie ścieżki, trochę błota. Otaczają nas piękne okoliczności przyrody i chmary krwiożerczych komarów. Trzeci przystanek. Karol robi przysiady z obciążeniem (unoszenie cegły nad głowę w fazie wstawanie), ja trzaskam pompki w wąskim rozstawieniu rąk (nogi niżej niż ręce) - 25 powtórzeń i zamiana. Potem ja wykonuję martwy ciąg w wersji outdoor - przerzucanie drewnianej bali, Karol robi przysiady z obciążeniem w postaci drewnianego drąga i zmiana. I żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy na dworze dodatkowa przeszkadzajka - komary tną bez opamiętania. Kończymy stację i biegniemy dalej. Po drodze wbiegamy po schodach (dynamicznie w górę i spokojnie w dół x2) i lecimy dalej. Jeszcze kilka podbiegów i zbiegów i kończymy trening.
Na zakończenie jeszcze rozciąganie, woda, soczek, małe ogarnięcie i do domu. Karol biegnie, ja wskakuję na rower.

Bardzo ciekawy, dynamiczny i mocny trening. Uśmiech od ucha do ucha (ach, te endorfiny) i wewnętrzna radość, że dałem radę (tak, miałem obawy jak sobie poradzę, bo opowieści Karola o tym treningu w pracy obrosły już legendą). Zmęczenie przyszło w domu. Dobrze poczuć, że się trenowało - no pain, no gain :) Godzinna drzemka postawiła mnie na nogi.
A wracając do kwestii urozmaicania treningu. Myślę, że jedna sesja w tygodniu treningu w stylu MovNat, wpisze się już na stałe w grafik biegowy.

P.S. Karol - dzięki za świetny trening, motywację, zmęczenie i wspólne zmagania. Czekam na więcej!

A na koniec jeszcze coś na podbicie tętna - Kliknij (wersja z 1982 roku, bo to dobry rocznik)


13.05.2013

Powroty i brak weny

Ciężko wraca się do treningów i pisania po dłuższej przerwie. Spoglądam na datę poprzedniego wpisu i ze zgrozą stwierdzam, że mija dziś dokładnie miesiąc od poprzedniej aktywności na blogu :(

Poprzedni wpis dotyczył motywacji i wyzwania pod tytułem: "50 km w tygodniu". Jeśli ktoś śledził zapiski na dailymile.com, to zauważył, że wyzwanie udało się zrealizować. Okazało się, że nie jest to wcale takie trudne. Wystarczą: motywacja i dobra organizacja; do tego wsparcie i wyrozumiałość Żony :)
Po takim solidnym treningu człowiek ma poczucie dobrze wykonanej roboty, radochę, że się udało i motywację do dalszych treningów. No właśnie - miał być kolejny tydzień 50+, ale się posypało, nie udało i "zdupcyło" się na 2 tygodnie. Wiadomo - "Jak coś ma się spieprzyć, to spieprzy się akurat tobie!" I potwierdziło się.

Dwa tygodnie "out", "schluss" i ogólnie "beee". Przyplątał się jakiś wirus - przetoczył przez całą rodzinkę i nie chciał odpuścić. Nie zaciągnął mnie wprawdzie do łóżka, ale skutecznie zgruzował i odebrał możliwość trenowania i dostarczania endorfin. Ogólnie - bez biegania, bez treningów HIT. Jedyna aktywność to wymęczony rower do pracy. Pewnie powiesz, Drogi Czytelniku, że trzeba było swoje odchorować i poleżeć w łóżeczku. Cóż - trudno się nie zgodzić, ale po 1. Wirusowe zapalenie gardła, to nie obłożna choroba, 2. A nawet gdyby - to nie każdy ma komfort udać się na L4 i leżeć sobie brzuszkiem do góry. Poza tym codzienna aktywność, to nie to samo, co przebiec 50 km w tygodniu. Zresztą znam już trochę swój organizm i wiem z przeszłości, że treningi w połączeniu z chorobą dają raczej marne skutki i pogarszają sprawę.

Dość jednak tych medyczno - filozoficznych smętów. Powoli wracam do treningów. W zeszłym tygodniu poszły interwały, mam nadzieję, że w tym uda się nabiegać więcej i powoli nabiorę rozpędu.

W kwestii bloga też był zastój i brak weny oraz ładu i składu - co ten wpis potwierdza. Także kończę i wrócę z lepszą formą - sportową i literacką :)

P.S. W ramach usprawiedliwienia graficzne przedstawienie stanu umysłu (dla nie fizyków - to jest czarna dziura). Tak właśnie mnie wyssało:)


13.04.2013

Zmotywowany

Czas mija nieubłaganie, z każdym dniem przybliżając mnie do startu w Krynicy. A jak wiadomo, start w ultramaratonie wymaga solidnego treningu. I mimo, że mam tego świadomość, nie zawsze przekłada się to na konkretny trening :(. Cóż, czasem tak bywa, że nawet w obliczu poważnych planów, motywacja szwankuje. Jak na ironię, sam niedawno zachęcałem do treningów i motywowałem. Ale pisałem też, że ostatnio kilometraż dość mały.
I stało się - z motywującego stałem się tym, który sam motywacji potrzebuje. No i dostałem.
Biegająca (dużo więcej i lepiej, niż ja) znajoma - Magda przysłała mi na dailymile.com taką oto wiadomość:
"Krzychu! Rzucam Ci wyzwanie - 50 kilometrów biegiem w przyszłym tygodniu. Co Ty na to? Jedno długie wybieganie - 20 km i jedne interwały 15 razy minuta na submaksa z minutą przerwy, a reszta easy. Hę?"
No i zapowiada się ciekawy tydzień :) Wyzwanie podejmuję, bo jakże by inaczej. Choć nie ukrywam, że interwały troszkę mnie przerażają. Teraz pozostaje tylko jakoś to wszystko ogarnąć i poukładać, żeby się nie zajechać.
Trzymajcie kciuki. Od poniedziałku zaczyna się konkretny tydzień treningowy. Tak sobie myślę, że na pierwszy ogień pójdą interwały... Relacje na bieżąco na dailymile.com i na fb.



27.03.2013

Nie tylko bieganie czyli budujemy formę

Kilka dni temu zamieściłem na profilu "Euforii" na FB post o treningu ogólnorozwojowym.
Chciałem w ten sposób zachęcić Czytelników do podjęcia nowej sportowej aktywności. Nie rozpisywałem się o zaletach treningu ogólnego, uzupełniającego, wpływu ćwiczeń siłowych na wyniki biegowe, bo takich opracowań jest ogromna ilość (nie zależało mi na poście typu - "kopiuj - wklej") i każdy zainteresowany bez problemu do nich dotrze.
Celem było - jak już wspomniałem - zmotywowanie do treningu. Nie chciałem jednak motywować tylko Czytelników. Potrzebowałem motywacji dla siebie. A cóż w tematyce sportowej nie motywuje bardziej, niż zdrowa rywalizacja. Dlatego też zachęcałem do podjęcia nowego wyzwania. Ale odzewu jak nie było, tak nie ma.
Jednak wcale się tym nie zrażam :) Co więcej - jestem jeszcze bardziej zmotywowany!
W końcu nie jest sztuką "wrzucić" post i czekać na efekty, samemu nic nie robiąc. A może brak odzewu wynika z mojego niewielkiego doświadczenia w temacie "social media" i public relations? Nie wiem...

Nie oglądając się na innych i nie szukając wymówek wprowadziłem słowo w czyn i padłem na podłogę pokoju, rozpoczynając pierwsze z kilku ćwiczeń programu Hit Fitness.
Trening jest moim zdaniem bardzo ciekawą propozycją dla osób, które nie mogą (z różnych powodów) pozwolić sobie na regularny trening na siłowni. Zgodnie z zaleceniami autora wystarczą 2 treningi w tygodniu zajmujące około 30 - 45 minut.
Całość programu zawarta jest w książce Jurgena Giessienga "Trening Siłowy Hit Fitness".
Autor w kilku rozdziałach przedstawia swoją treningową filozofię. Zaczyna od rozdziału, w którym wykłada podstawy teoretyczne i naukowe dotyczące tej metody treningowej. Porównuje Hit Fitness do klasycznych ćwiczeń obwodowych, przedstawia zalety treningu. W kolejnym rozdziale omawia praktycznie poszczególne ćwiczenia dla kobiet i mężczyzn. W następnym przedstawia przykładowe plany treningowe w oparciu o metodę Hit Fitness. Książkę kończy wskazówkami dotyczącymi odżywiania.
Warto dodać, że książka jest ilustrowana zdjęciami, które wraz z opisami ćwiczeń, pozwalają szybko zapoznać się z proponowaną formą treningu.
Autor opiera trening na metodzie jednej serii każdego ćwiczenia wykonywanej z maksymalną ilością powtórzeń, aż do momentu załamania mięśniowego + jeszcze jedno. Taka metoda pozwala pobudzić do pracy konkretny mięsień, a jednocześnie ćwiczyć całe ciało. Nie będę zagłębiał się w teorię treningu - książka jest do nabycia (gdyby ktoś był zainteresowany, mogę pożyczyć).
Ciekawe w treningu jest także to, że można łatwo połączyć go z treningiem wytrzymałościowym - czyli np. BIEGANIEM :). Tak więc możemy zapewnić sobie podwójną dawkę endorfin: raz podczas ćwiczeń i raz przy bieganiu. Zakładając 2 treningi Hit i 3 biegowe w tygodniu, to aż 5 (pięć!) doładowań endorfinami i okazji, by poczuć euforię :) A o to przecież chodzi!

Chętnym do treningu, prezentuję poniżej zestaw ćwiczeń Hit Fitness (ilość powtórzeń, obciążenie, przerwa między ćwiczeniami dobieramy tak, aby wykonać założoną liczbę powtórzeń).
Zanim jednak przejdziemy do ćwiczeń - mała motywacja czyli co autor miał na myśli:

"Celem programu jest uzyskanie sylwetki tułowia w kształcie litery "V" z szerokimi barkami, wąską talią, muskularnymi ramionami, silnymi nogami i płaskim brzuchem" - dla mężczyzn

"Ćwiczenia pomyślane są w ten sposób, żeby ujędrnić mięśnie całego ciała (...). Główny nacisk położono na brzuch, nogi i pośladki, a także na tricepsy (...)." - dla kobiet.

Zainteresowani/zainteresowane? No to lecimy.

Ćwiczenia dla mężczyzn:

1. Pompki
2. Przysiady z hantlami
3. Podciąganie na drążku (nie posiadam, więc zamieniłem na wyciskanie sztangi)
4. Martwy ciąg z hantlami (albo ze sztangą)
5. Wspięcia na palce
6. Wyciskanie hantli
7. Uginanie ramion z hantlami (sztangą) podchwytem
8. Pompki tyłem między dwoma krzesłami
9. Skręty tułowia w leżeniu
10. Skłony tułowia w leżeniu płasko (brzuszki)

Ćwiczenia dla kobiet:

1. Pompki
2. Przysiady
3. Rozpiętki z hantlami
4. Podciąganie hantli w opadzie (wiosłowanie)
5. Wspięcia na palce
6. Pompki tyłem
7. Uginanie ramion z hantlami podchwytem
8. Prostowanie bioder w pozycji na czworakach
9. Skręty tułowia w leżeniu
10. Skłony tułowia w pozycji leżącej

Do w/w ćwiczeń dołożyłem od siebie:

1. Skakanka
2. Pajacyki z hantlami
3. Bieg z boksowaniem w miejscu z hantlami
4. Przysiad z wyrzutem hantla nad głowę
5. "Ściskacz" do treningu dłoni i przedramion

To na szybko byłoby na tyle. Życzę powodzenia i sukcesów treningowych :)






24.01.2013

...


Znalazłem w internecie. Biorąc pod uwagę osiągnięcia autora, nie pozostaje nic innego, jak wprowadzić w życie...

"Bieganie to nie tylko sport - to styl życia. Wymaga ciągłego myślenia o nim przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, a nie jedynie przez godzinę spędzoną na treningu. Jest nierozerwalnie związane z decyzjami, które podejmujesz w czasie dnia - na przykład podczas składania zamówienia w restauracji czy zakupie kolejnego piwa - wtedy zawsze musisz sobie zadać pytanie: 'Czy to nie zaszkodzi moim treningom?' (...)" - Bart YASSO

A autorze między innymi tutaj

20.01.2013

Mróz, śnieg i sople...

Lubię biegać zimą. Nie przeszkadza mi mróz, padający śnieg ani zmarznięta ziemia. Trening w warunkach takich, jak wczoraj (śnieg z nieba i pod nogami, -8 st. C) dostarcza niesamowitych emocji. Nie chodzi tylko o to, że mroźne powietrze owiewa twarz, a nogi od czasu do czasu zapadają się po kostki w śniegu. Chodzi też o piękne widoki (jak wczoraj - zamarznięta Rusałka, śnieg w lesie i na łąkach po horyzont), zupełnie inną niż wiosną czy latem bliskość z naturą (szczególnie gdy ląduje się pewną cześcią ciała na ziemi) i walkę swoim zniechęceniem (gdy za oknem mróz i ciemność, na zegarku 4.30 i czas na trening).
To czas, gdy można poczuć zew natury, być jak Biały Kieł. I choć okolicom Rusałki daleko do Alaski, to jednak jest coś niesamowitego w tej zimowej aurze :)
I tak, w pięknych okolicznościach przyrody zakończyłem wczoraj kolejny tydzień przygotowań do Operacji "Krynica". 15 km w śnieżnej scenerii. Mam nadzieję, że śnieg jeszcze trochę poleży, bo w planach podbiegi i kolejne kilometry. Liczę również na to, że efekty "śnieżnych" treningów w postaci wzrostu mocy pojawią się jako wartość dodana na wiosnę :)

Jest jeszcze jeden powód, dla którego lubię zimowe treningi - własne odbicie w lustrze po powrocie do domu. Bezcenne. Wczoraj wyglądałem jak skrzyżowanie Dziadka Mroza z pólnocnoamerykańskim traperem: śnieg i kryształki lodu na brodzie, przypruszone brwi i oblodzona czapka ze zwisającym po lewej stronie 10 - cio centymetrowym soplem. A ja - naiwny ;) - myślałem sobie, że uśmiech na twarzach mijającej mnie trzy razy pary na nartach biegowych był wyrazem sympatii i dowodem sportowej solidarności. Nieważne. I tak lubię biegać zimą!!! :)

I na zakończenie polski zimowy klasyk:

https://www.youtube.com/watch?v=9KyzizyG9oE



16.01.2013

Ciągłość zmian

Natrafiłem w internecie na takie oto zdjęcie:


(Niestety nie pamiętam już źródła) i naszło mnie na następujące przemyślenia.

Czy zastanawialiście się, jak to jest, że ludzie chcą zrobić coś dla swojego zdrowia, sylwetki czy życia, a poprzestają na krótkotrwałych próbach?

Sam podejmowałem w przeszłości wiele prób (bieganie, trening siłowy, ogólnorozwojowy, diety), które bardzo szybko kończyłem. I nic - brak satysfakcji, szybko widocznych efektów, rozczarowanie i rezygnacja z podjętych aktywności.

Znacie to? Myślę, że część z Was tak. Co więc zrobić, aby podjęte zmiany miały charakter ciągły?

Proponuję podjęcie kilku kroków:

1. Stwórz sobie okazję, do zmian.

Jeśli chcesz coś zmienić (np. nawyki żywieniowe, zacząć biegać, zacząć ćwiczyć na siłowni, rzucić palenie), to nie odkładaj tego na jutro. Nie mów: "Od jutra zacznę biegać; od jutra zmieniam dietę; od jutra nie palę". Nie od jutra - od dziś! Z własnego doświadczenia wiem, że zaczynanie "od jutra" powoduje, że jutro nie następuję nigdy.
Nie musisz podejmować radykalnych zmian, ale wprowadź je od razu w życie. Chcesz jeść mniej słodyczy? Świetnie - zamiast ciastka na drugie śniadanie, zjedz dziś jabłko, albo garść bakalii. Chcesz zacząć ćwiczyć? Brawo - odejdź na chwilę od komputera i zrób kilka pompek, przysiadów, brzuszków! Ile czasu Ci to zajmie - niewiele, a satysfakcja ogromna.
Wypracuj sobie postawę pro. Bądź PROzdrowotny, PROaktywny, bądź P(ro)ozytywny!
Chcesz coś zmienić - zacznij dziś.

2. Określ cel.

Każde działanie jest łatwiej podjąć, jeśli masz cel. Pomysły "Zacznę biegać, bo tak" szybko się wypalają. Znajdź coś, co będzie Cię stale motywować do podejmowanych wysiłków. Powodów mogą być setki, ale ważne, żeby były mierzalne (i realne, ale o tym później). Np.: "Chcę schudnąć 5 kg", "Chcę bez przerwy i zadyszki biec przez 30 minut"; "Chcę zrobić 40 pompek". Jeśli będziesz widział cel, łatwiej będzie Ci go osiągnąć. Poza tym łatwiej będzie Ci eliminować przeszkody, które mogą uniemożliwić jego realizację.

3. Bądź realny w swoich planach.

Musisz wiedzieć, na co aktualnie możesz sobie pozwolić. Planując, stań z boku i oceń swój cel. Jeśli postawisz sobie poprzeczkę zbyt wysoko, najprawdopodobniej szybko zrezygnujesz, bo nie będziesz widział efektów swojej pracy. Z drugiej strony, jeśli cel będzie zbyt łatwy, też nie będzie Cię motywował. Przemyśl, zanim podejmiesz decyzję.

4. Rozmawiaj, pytaj, słuchaj, poszukuj i organizuj.

Poszukuj motywacji w książkach, w internecie. Rozmawiaj z ludźmi, którzy mają więcej doświadczenia. Nie szukaj wymówek. Najczęściej pojawiające się hasło: "Nie mam czasu na trening". Powiedzmy sobie szczerze - czas zawsze się znajdzie, tylko trzeba go sobie zorganizować. Wiem, że jest rodzina i praca, ale jeśli decydujesz się np. na trening, to on musi stać się częścią dnia. Zapewniam Cię, są ludzie, którzy mają więcej obowiązków, a trenują ciężej, więcej i mocniej niż Ty czy ja. Dla mnie takie osoby są inspiracją. Mnie też czasem pytają, jak znajduję czas na bieganie. Nie znajduję!!! Wykradam go sobie z doby. Staram się tak zorganizować, żeby zaplanowany trening zrealizować. A że czasem trzeba z tego powodu wstać o 5.00 lub wcześniej? No cóż - "Jedyny łatwy dzień był wczoraj". 
Czas zawsze się znajdzie.
A jeśli organizacja treningów wymaga brylowania między rodziną, pracą i innymi obowiązkami, to znajdź priorytety. Rozmawiaj i słuchaj. Nie każdy musi rozumieć Twoją motywację, Twoje hobby, podzielać Twoje pasje. Spróbuj przekazać Rodzinie, że to dla Ciebie ważne, pokaż im cel i powód, dla którego to robisz, ale posłuchaj też, jak oni to widzą. Zapewniam Cię, że można się dogadać, połączyć to wszystko i pogodzić.


5. Wrzuć na luz.

Tak, tak. Czasem można a nawet trzeba odpuścić. Tylko bez przesady. Jeden odpuszczony trening w całym cyklu przygotowań do biegu życia, nie zaprzepaści Twoich dotychczasowych wysiłków, ale miesiąc słodkiej laby już tak.
Jeśli czujesz się zmęczony (bo przeholowałeś z bieganiem czy treningiem siłowym), odpocznij dzień, dwa i wróć do treningów.
I bądź dla siebie zbyt surowym sędzią. Jeśli po drodze do celu zdarzą się jakieś wpadki - przeanalizuj sytuację, wyciągnij wnioski i wróć na dobre tory.

Pamiętaj, że osiągnięcie celu i zmiany mają charakter ciągły i rozłożony w czasie. Metodą małych kroków możesz osiągnąć wiele - czego szczerze Ci życzę.

Mam nadzieję, że dotrwałeś do końca tego wpisu i że nie zanudziły Cię moje wywody. Nie uważam się za specjalistę, trenera osobistego czy jakiegoś sportowego guru. Jestem po prostu jednym z Was (nas) - tych, którzy próbują połączyć własne pasje i cele z codziennym życiem, pracą, rodziną. I tak, jak w bolywoodzkim hicie, tak też i w tych zmaganiach - czasem słońce, czasem deszcz. Ale ważne, że po każdym deszczu pojawia się tęcza i słońce znowu świeci. (Z niecierpliwością czekam, kiedy pojawi się na porannym treningu i kiedy wstanę wcześniej niż one)

Życzę powodzenia :)

P.S. Wśród psychologów i trenerów pojawia się opinia, że do wypracowania pewnego nawyku trzeba 14 dni. Spróbujcie, to nie dużo.

Motywująco:

http://www.youtube.com/watch?v=nR-IAXGzEdE


9.01.2013

Przejście...

Przełom lat skłania do przemyśleń, podsumowań, snucia planów na przyszłość. Przeglądając blogi innych biegaczy także natknąłem się na wspominki, opowieści jaki był ten 2012 rok i co w planach na 2013. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak wpisać się w ten nurt i także "skrobnąć" kilka słów. Tym bardziej, że dawno nie było żadnego biegowego wpisu.
Zaskoczę jednak tych Czytelników, którzy oczekują szumnych podsumowań, relacji z biegów i zachwytów nad kolejnymi życiówkami. Będzie krótko, zwięźle i na temat.

To, co pod względem biegowym wydarzyło się w 2012 roku odznaczam grubą kreską i patrzę przed siebie. Nie chodzi o to, żeby było jakoś fatalnie, jednak ani starty ani wyniki nie powalały na kolana, więc nie chcę Was zanudzać. Powodów, dla których ten rok tak się ułożył było kilka. Ci, którzy znają mnie bliżej wiedzą, że nie był to łatwy dla mnie (i moich najbliższych) czas. I choć w startach chciałem dać upust wszystkim negatywnym emocjom i przełożyć to na super wyniki - nie udało się. Pewnie coś zblokowało się w psychice i nogi nie chciały nieść. Ale co tam, było - minęło.
Nowy Rok przynosi nowe plany i wyzwania.

Przekonałem się już kilkakrotnie, że plany biegowe weryfikuje życie, jednak znając motywujący wpływ zwerbalizowanych i zilustrowanych założeń, dzielę się tegorocznymi planami:

Główny start, pod który organizuję treningi to Bieg Siedmiu Dolin. Rozpoczynając przygodę z blogiem, tworzyłem go, żeby relacjonować przygotowania do Biegu Rzeźnika. Teraz historia zatoczyła koło i ten rok będzie się kręcił wokół B7D. Myślę, że zmotywuje mnie to do częstszych wpisów i regularnych kontaktów z Wami - Czytelnikami za pośrednictwem internetu.

Do realizacji tak ambitnego planu trzeba się dobrze przygotować. W związku z tym po drodze planuję (ramach "Projektu Krynica"):

1. Redukcję wagi - w ostatnim roku trochę sobie odpuściłem w temacie diety. Doszedłem do wniosku, że dodatkowe kilogramy nie ułatwiają treningów i utrudniają realizację założeń startowych. W związku z tym wracam do starych i sprawdzonych zwyczajów żywieniowych (ostatni posiłek do 18.00, słodkości jeden raz w tygodniu :)). Powroty są trudne ;)
2. Przygotowanie biegowe metodą małych kroków - na początek: dobrze i sumiennie przebiegać zimę (w ramach tego punktu chciałbym m.in. wystartować w Wilczych Groniach i III Biegu Górskim Leszno - Grzybowo), później na wiosnę 10 km poniżej 45 min i półmaraton w okolicach 1:30; urozmaicenie treningów - podbiegi, tempówki, sprinty.
3. Dodatkową analizę postępów treningowych na dailymile.com.
4. Treningi ogólnorozwojowe/siłowe.
5. Biegi kontrolne (podobnie jak przy przygotowaniach do Rzeźnika).

Jak to wszystko (a przede wszystkim B7D) się uda, to pomyślę, co na ostatni kwartał roku.

Plany są ambitne, wymagają wiele przygotowań treningowo - logistyczno - sprzętowo - finansowych, więc kibicujcie, żeby się udało! :)

P.S. Pierwsze kroki treningowe już podjęte. Na zakończenie 2012 21 km, a od 01/01/2013 regularne bieganie. Na razie spokojnie, ale dopiero się rozkręcam (szczegóły tutaj)

Motywująco:


2.11.2012

Biegowo Życiowo II

Dziś nie będzie o bieganiu - przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dziś podzielę się z Wami kilkoma przemyśleniami na temat... Ojcostwa.

Kilka dni temu przy okazji obiadu przekonałem się, że nawet w tak (wydawałoby się) nieistotnej sprawie, jak zawartość talerza, dzieci naśladują rodziców.
Jedliśmy ryż z jabłkami i Jasiek po uzyskaniu potwierdzenia, że dorzucam na talerz cynamon i cukier, stwierdził: "Chcę taką samą porcję jak tata". Niby nic wielkiego, więc po co o tym piszę? Dlatego, że chwilę później Nasz Pierworodny z miną i powagą godną mistrza retoryki oznajmił: "Tato, jak dorosnę chcę być taki, jak Ty!". No... spojrzałem na Żonę, potem na Jaśka i poczułem jak unoszę się nad ziemię, a od środka rozpiera mnie duma. Myślę, że każdy rodzic, który usłyszał takie słowa od swoich dzieci czuje się NIESAMOWICIE! :)
Jednak nie o poczucie dumy i powiedzenie sobie: "Jestem Gość" tutaj chodzi. Bo gdy światła zgasły, a na arenę chwały opadła kurtyna codzienności przyszedł czas na refleksję. (A że często refleksje rodzą się podczas biegania, tak było i tym razem).
Kiedy po kilku dniach poszedłem pobiegać, całe to zdarzenie zrozumiałem w zupełnie innym kontekście. Jaś chce być taki, jak ja - czyli jaki? Bo przecież nie chodzi o wygląd zewnętrzny czy konfigurację dań na talerzu. Nie chodzi też zapewne o podobieństwo pasji i drogi zawodowej (choć kiedyś pytany o to, kim chciałby zostać, Jaś odpowiedział bez namysłu: "Ratownikiem i biegaczem"). Ale jeśli nie o to chodzi, to o co?! I tu właśnie rodzi się refleksja.
Nie wiem, co takiego mój Syn dojrzał we mnie, ale wiem, że tym co powiedział, postawił mi wysoko poprzeczkę życiowych oczekiwań. I wówczas przypomniały mi się książki o ojcostwie, ideały, wyobrażenia o nim i myśl o Dzikim Sercu.
To jest TO! Chodzi o to, żeby pomóc mu przejść (a może i przebiec) przez życie. Przeprowadzić go jako Chłopca, Młodzieńca, Rycerza. (Drodzy Panowie - pamiętacie swoich bohaterów z dzieciństwa? Tych z książek i filmów? Pamiętacie te wypieki na widok Robin Hooda, Janka Kosa, Janosika, Rambo czy jeszcze innego Dziecięcego Herosa?!) Chodzi o to, żeby pomóc mu odkryć jego Dzikie Serce - takie, który ma każdy Facet (tylko nie każdy jeszcze je znalazł). Lwie Serce (niech Wasi synowie mają Duszę Lwa!!! - przypomnijcie sobie Gladiatora, Rocky'ego Balboa, Williama Walles'a, Rob Roy'a, Atosa, Portosa, Aramisa i innych WOJOWNIKÓW!!!). Pokazać mu Serce gotowe do odkrycia własnego Źródła, do stoczenia Walki z samym sobą, ze złem, ze światem; do Walki o Dobro, o Kobietę swego Życia, o Ideały, o Wiarę. W końcu Serce gotowe do Miłości.
To naprawdę niełatwe zadanie...
"Chcę być taki jak Ty" będzie teraz dla mnie jak igła kompasu. Jak światło latarni morskiej, gdy zbłądzę na oceanie zmęczenia, zniecierpliwienia, złości, lenistwa... (przecież nie jestem idealnym ojcem, bo poza Bogiem nie ma takiego!). Te słowa będą niczym pacemaker utrzymujący nie tylko tempo, ale i kierunek mojego (Naszego) Biegu Życia.
Mam nadzieję, że kiedy dobiegnę do mety, będę mógł spoglądając z Góry na dorosłe wówczas Dzieci powiedzieć, że "W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem!" Bo bycie Tatą to Wielka Przygoda, ale także wyzwanie i najważniejsza kariera w życiu mężczyzny - dać swoim Synom Dzikie Serca, a Córkom pokazać, że są Urzekające. Ale o tym innym razem...

Na koniec  wszystkim Ojcom (biegającym i nie tylko) i ich Synom - Małym, ale Zwycięzcom, piosenkę dedykuję (słowa i muzyka Mateusz Otremba):



P.S. Hania zapytana kiedyś przez Agnieszkę czy będzie miała męża, jak będzie duża, odpowiedziała: "Tak". "A kto nim będzie?" - kontynuowała temat Żona. "Tatuś!" - odparła Hania z uśmiechem.

17.10.2012

Poznań Maraton 2012 - część II

W ramach suplementu do poprzedniego wpisu słów kilka:

Kolejny raz przekonałem się, że maraton biegnie się w głowie, że to walka nie tylko z czasem i o wynik, ale zmaganie się z samym sobą. Z bólem, ze strachem, zmęczeniem, zniechęceniem. Trzeba mieć nie tylko silne nogi, ale i wielkie serce!

Dlatego też nie zgadzam się z opiniami wypowiadanymi na forach internetowych, że maraton ukończony w okolicach 5 czy 6 godzin jest wymęczony i nie wart wysiłku. I nie piszę tak dlatego, że sam po opisywanych przeżyciach przybiegłem na metę w czasie 4:52; biegałem już szybciej, ale dlatego, że uważam, że każdy, kto dociera do mety maratonu jest Zwycięzcą! Chylę czoła przed tymi, którzy przybiegli przede mną! Gratuluję i podziwiam! Ale gratuluję też tym, którzy przybiegli później. Podziwiam ich wolę walki (zapraszam chociażby tu).

Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że bieganie to taka dyscyplina, która daje poczucie uczestnictwa w wielkim wyczynie. To chyba jedyna dyscyplina sportu, w której amator może pobiec w jednym biegu z profesjonalistami, z mistrzami. Tak jak w niedzielę, gdy każdy z uczestników poznańskiego maratonu mógł pobiec ze Scottem Jurkiem. I choć zapewne nigdy mu nie dorównam, myśl, że mogłem biec jego śladem (skończył maraton z czasem 3:15) robi na mnie niesamowite wrażenie. Jestem też przekonany, że wśród tych ponad 5 tysięcy uczestników, 99% z nich ścigało się ze swoimi ograniczeniami, z samym sobą. I to chodzi. Chodzi o to, żeby każdego dnia pobiec lepiej, niż poprzedniego; pobiec dalej, szybciej, mocniej. Nie tylko na zawodach, ale także (a może przede wszystkim) na treningu (gdy pada deszcz, śnieg lub zacina wiatr, po ciemku, o świcie, albo po całym dniu pracy).
Bieganie, to jedna z niewielu dyscyplin sportu, w której liczy się uczestnictwo i realizuje się idea Pana Coubertin'a :)
I jeszcze jedno. Skoro była mowa o Scotcie Jurku, a spotkanie z nim jest jeszcze świeże w pamięci, to jedna myśl w kierunku biegania naturalnego: chodzi o to, by biegać dla czystej przyjemności biegania, obcowania z innymi Biegaczami, uczenia się od innych; by biegać dla radości, dla siebie!

Przypomniały mi się słowa Caballo Blanco na temat ultramaratonu w Miedzianym Kanionie: "Jeśli Twoim celem jest wygrać kolejny wyścig, to raczej nie powinieneś tutaj biec. Możesz wygrać ten wyścig, ale nie o to tutaj chodzi. To jest celebrowanie biegania". Czysta przyjemność z bycia Biegającym Człowiekiem.

Dla Tych, którzy biegają mimo wszystko:

Kliknij :)

Meta jest początkiem nowego biegu...


Poznań Maraton 2012 - część I

Minęło kilka dni od startu w 13. Poznań Maratonie, więc czas na wpis. Relację ze startu podzieliłem na kilka części dla przejrzystości i lepszego czytania.

Część I TRASA

Właściwie opis trasy mógłbym zamknąć w zdaniu: "Na początku  zawsze wybieram sobie wzniosłe cele, mając nadzieję, że dokonam czegoś wyjątkowego. Z czasem, gdy pogarsza mi się kondycja, cele się dewaluują i dochodzę do punktu, w którym właśnie teraz się znajduję - gdy mogę modlić się już jedynie o to, żeby nie zwymiotować na własne buty" (Ephraim Romesberg; fizyk jądrowy, ultramaratończyk. Słowa wypowiedziane na 104 km wyścigu Badwater). Tak właśnie czułem się na pewnym odcinku trasy, ale po kolei.

Z radością i sercem pełnym zapału, po miesiącach treningów, wyruszyłem z domu na start. Po drodze wpadłem jeszcze na EXPO, żeby porozmawiać przed biegiem z Magdą i Krzyśkiem, a potem szybko na start, bo rozmowa trochę nam się przedłużyła i na początek biegu dotarłem 30 sekund przed wystrzałem :)
Na szczęście odnalazłem grupę na planowane 3:30 i ruszyłem. Spokojnie i wolniej, niż zamierzone tempo (zgodnie z sugestią Krzyśka, by się nie podpalać; pocieszył mnie też, że jak sam robił 3:30, miał na "dychę" 1:05, więc spokojnie).
Tłum biegaczy, kibice od początku zagrzewający do walki, w słuchawkach przyjemne dźwięki muzyki i miarowy rytm kroków. Biegnie się dobrze - spokojnie, lekko, płynnie.
Zające na 3:30 śmignęli wprawdzie do przodu, ale trzymam się założeń - nie przeginać na początku. Pewności dodaje fakt, że zgodnie z moją rozpiską międzyczasów jestem niewiele w tył.
Kilometry płyną - dyszka za mną. Szybka kontrola: nogi - OK, oddech - OK, samopoczucie - bez zmian. Jest dobrze. Delikatne "szu-szu-szu" pod stopami - płynę dalej, robię swoje.

Docieram do półmetka - czas około 2 h, więc trochę za wolno. Coś nie działa - pogubiłem międzyczasy i rytm. Cóż - trudno będzie zrobić wynik, ale zbliżyć się do niego mam jeszcze szansę :)

28 km. Robi się niewesoło... Czuję, że dzieje się coś złego, ale jeszcze nie potrafię tego w pełni zdiagnozować. Na dodatek zaczyna padać, robi się chłodniej. Oj, za chwilę będę ugotowany... Czuję odcięcie prądu, wychłodzenie; palce drżą, brakuje sił.

29 km. Niesamowity ból przeszywa mi lewe udo. Kurcz mięśnia przywodziciela rzuca mnie prawie na ziemię. Z trudem udaje mi się ustać. Próbuję zrobić krok i... świdrujący ból przeszywa całą nogę. Zatrzymanie. Pozbieranie myśli - plan: Dotrzeć do 30 km; tam na pewno będzie masaż i punkty odżywcze.
Niepewnie stawiam krok i zaciskając zęby posuwam się do przodu.
Udało się, tym razem przetrwałem. Z trudem kładę się w namiocie i poddaję masażowi. Potem obmycie twarzy gąbką (jak dobrze, że ją zabrałem), woda, izotonik, czekolada.

Ruszam ostrożnie, czekając na odpowiedź moich mięśni. Może być; delikatny dyskomfort, ale bez bólu. Próbuję biec, jednak zmęczenie nie ustępuje. Co więcej, czuję się gorzej.
Marzenie o rekordzie odstawiam na bok - teraz trzeba dotrzeć do mety.

Od biegu przechodzę do "świńskiego truchtu" przerywanego marszem. Czuję się jakbym był z gumy. Chwieję się, kręci mi się w głowie, czuję zimno i lepki pot na całym ciele. Ręce mi drżą. Teraz jestem faktycznie ugotowany - kilometr wcześniej uzupełniłem płyny i węglowodany, a mam książkowe objawy hipoglikemii, połączonej z hipotermią i odwodnieniem. Walczę o to, by nie upaść. W głowie pojawia się głos proponujący zejście z trasy. Z każdym krokiem jest coraz głośniejszy i bardziej natarczywy: "I tak już dawno po wyniku i planach! Nie męcz się! Odpuść! Zaraz spłyniesz!!! ZEJDŹ z trasy!!!!!!" Jednak walczę - o kolejny krok, kilometr. Jedna myśl zaprząta mi głowę - PIĆ! Czuję jakbym biegł obok siebie - teraz właśnie jestem w tym ciekawym momencie, o którym wspominałem na początku, cytując uczestnika Badwater.
Z otępienia budzi mnie widok stacji benzynowej - teraz to dla mnie jak oaza na pustyni. Tam na pewno jest woda. Zbiegam z trasy i wpadam na stację - wkładam głowę pod kran i zachłannie chłepcę wodę jak koń po westernie. (Aż dziw, że ochrona stacji mnie nie wyniosła, choć w spojrzeniach obsługi i klientów dostrzegam zdziwienie i pobłażliwość. Pewnie długo pukali się w czoła po moim wyjściu).
Wracam na trasę. Wiem, że teraz przede mną podbieg. Długi i zabójczy.. I znów ten podłamujący głos w mojej głowie. Podejmuję walkę. "Milcz!" - mówię sam nie wiedząc do kogo (czego?). Sobie usilnie powtarzam: "Dasz radę! Dawaj! Wynik nie jest najważniejszy. Dotarłeś już tak daleko. Nie rób lipy!!!"

Idę. Tak po prostu. Przed siebie. To podejście jest jak długa droga do domu. I nagle doznaję olśnienia - DOM. To jest TO! Na mecie będzie mój Syn - Jasiek. Nie mogę go zawieść. Przecież ON czeka!

OK. "Ogarnij się, Krzychu. Dotrzyj do 35 km i dawaj!" Udało się. Jest 35 km. Zatrzymuję się. Porządne nawodnienie, czekolada, cukier, banan. Zbieram myśli. Zostaję jeszcze chwilę. Myślę o Synu i... POWSTAJĘ!
Czasu nie cofnę, ale czuję, że ruszam jak nowonarodzony. Teraz spokojnie do mety - po nagrodę, po zwycięstwo nad sobą.

Jest dobrze. Na 37 km zauważam przed sobą biegaczkę w Five Fingers. Dołączam do niej i zagajam rozmowę. I tak w towarzystwie Natalii i dopingującego ją na rowerze męża, biegnę do mety. Rozmawiamy o naturalnym bieganiu, treningu w sandałach Tarahumara, diecie wegetariańskiej i pokonywaniu kolejnych kilometrów.

Jeszcze chwila, jeszcze 3 km. Niesiony bardziej siłą woli, niż nóg docieram do Mostu Dworcowego. I o dziwo biegnę, pokonuję tę górę.
Na 300 metrów przed metą dziękuję Natalii za wspólną drogę i ruszam do przodu.
W końcu docieram do mety! :) Widzę tłum ludzi, mgłę przed oczami. Ktoś zakłada mi medal, dostaję folię NRC, szukam w tłumie Syna. Dostrzegam go - stoi ze szwagierką za bramkami. Podchodzę, biorę go na ręce, przytulam... Jestem - wytrwałem. Nie puszczam go, niosę na rękach jeszcze kilkanaście metrów.

ZWYCIĘŻYŁEM!!!

3.10.2012

Zapożyczone



Przeglądając strony internetowe poświęcone bieganiu (szczególnie na długim dystansie), natrafiłem na ciekawego bloga.

Poniżej zamieszczam fragment:

"My - specjaliści od długich wysiłków mamy swój świat, a w nim żelazne reguły. Im w dłuższym wysiłku się specjalizujemy, tym ten świat jest bardziej hermetyczny, a wszystko inne prostsze. Albo jesteś w stanie się przełamać, albo nie. Albo wytrzymasz albo wymiękniesz. Albo się angażujesz, albo spadaj."

To całkiem niezły tekst, który (w mojej skromnej opinii) można przyjąć za motto i motywator. Zwłaszcza na 11 dni przed planowanym startem w maratonie...

Co ciekawe, autorka tych słów nie jest klasyczną biegaczką (choć z drugiej strony "klasyczna biegaczka" w jej przypadku to poniekąd dobre określenie). Ktoś już się domyśla, o kim mowa?

Jeśli tak - gratuluję, jeśli nie, zapraszam do lektury całego tekstu (i bloga): http://justynakowalczyk.natemat.pl/33551,zboczenia-dlugodystansowca

A Ty, Drogi Czytelniku - jesteś Długodystansowcem? Przyjemnych treningów i wielu okazji do "przełamywania" :)

4.04.2012

Bohater "Urodzonych Biegaczy" nie żyje



Zapewne wielu z Was czytało książkę Christophera McDougall'a "Urodzeni Biegacze". Jak dla mnie to rewelacyjna książka o bieganiu i ludziach, dla których jest ono prawdziwą pasją.
Jednym z głównych Bohaterów był Micah True zwany Caballo Blanco (Biały Koń), Amerykanin, który wyjechał do Meksyku i zafascynowany Indianami Raramuri - Biegający Ludzie (Tarhumara), uciekł od zgiełku świata i zaczął z nimi żyć i biegać. I oddał się bieganiu w sposób idealny, wręcz bezinteresowny. Biegał dla samego biegania i szacunku do swoich Przyjaciół. Stworzył bieg (Cooper Canyon Ultra Marathon), w którym spotkali się czołowi biegacze amerykańscy (m.in. Scott Jurek) i mistrzowie Tarahumara.


27. marca Caballo wybrał się na kilkunastokilometrowy bieg w okolicach Gila National Forrest w Nowym Meksyku. Niestety nie wrócił z treningu. Rozpoczęły się poszukiwania, na które przybyło wielu biegaczy z całego kraju (w akcji brał udział m.in. Scott Jurek i Chris McDougall). Po kilku dniach, 31. marca znaleziono jego ciało. Miał 58 lat. Nie jest znana przyczyna śmierci Caballo, z książki wiadomo jednak, że miał pewne problemy zdrowotne - kilka razy stracił przytomność podczas biegu. Może Micah czuł, że zbliża się jego koniec i zrobił tak, jak powiedział:  "Kiedy będę za stary, żeby pracować, zrobię to, co zrobiłby Geronimo, gdyby zostawiono go w spokoju. Odejdę w stronę najgłębszego zakątka kanionu i znajdę sobie miejsce, żeby złożyć moje kości" (Chris McDougall: "Urodzeni Biegacze", wyd. Galaktyka str. 320)


Odszedł niesamowity Człowiek i po tej stracie lektura "Urodzonych Biegaczy" nie będzie dla mnie już taka sama (choć przeczytałem tę książkę dotąd 7 razy).


Na koniec chcę podzielić się z Wami kilkoma cytatami, które moim skromnym zdaniem świetnie Go charakteryzują: (cytaty pochodzą z książki "Urodzeni Biegacze" i ze strony bieganie.pl)


O ultramaratonie Cooper Canyon Ultra Marathon:


"Jeśli Twoim celem jest wygrać kolejny wyścig, to raczej nie powinieneś tutaj biec. Możesz wygrać ten wyścig, ale nie o to tutaj chodzi. To jest celebrowanie biegania, Raramuri, Centralnego Meksyku. To nie jest jak zwykły wyścig w innych miejscach na świecie"


W odpowiedzi na propozycję sposorowania jego biegu przez jedną z czołowych firm produkujących sprzęt do sportów terenowych:


"Nie, dzięki. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali tu po prostu pobiegać, poimprezować, potańczyć, najeść się i pobyć z nami. W bieganiu nie chodzi o to, żeby nakłaniać ludzi do kupowania czegokolwiek. Stary, za bieganie nie powinno się płacić."


O bieganiu:


"Miej na uwadze cztery przymioty: spokojny, lekki, płynny, szybki. Na początek bieg powinien być spokojny. Jeśli uda ci się to osiągnąć, to już jest nieźle. Potem popracuj nad tym, żeby był lekki. Niech nie wymaga wysiłku, jak gdybyś miał gdzieś, jak wysokie jest wzgórze przed tobą, albo jakbyś nie dbał, dokąd biegniesz. Kiedy już przećwiczysz to tak długo, że zapomnisz, iż w ogóle ćwiczysz, wtedy czas uczynić bieg płyyynnyyym. Nie musisz przejmować się ostatnim elementem. Jeżeli opanujesz trzy wcześniejsze, będziesz szybki"


O sobie samym:


"Caballo nie jest bohaterem. Nikim wielkim. Po prostu koniem o nieco innym kolorze tańczącym w spokojnym rytmie, chcącym pomóc aby niektórym żyło się inaczej. Jeśli miałbym być pamiętany za cokolwiek, chciałbym aby było to za to, że jestem/byłem autentyczny. Nic więcej. Run Free."


Choć nie znałem Go osobiście, to dziękuję za to, czego nauczył mnie o bieganiu.
Adios Amigo


Może spotkamy się kiedyś na wspólnym biegu na niebieskich połoninach.





14.01.2012

Zaległości

Ten tekst miał się ukazać jeszcze w listopadzie, ale z przyczyn technicznych okazało się to niemożliwe.
Zamieszczam go jednak dziś, bo nie traci na aktualności - nie zmieniam też tytułu:

Powrót – W.I.N.

            Poprzedni post zamieściłem jakiś czas temu i dotyczył spraw sprzed pół roku. Zapewne dla wielu odwiedzających tę stronę, jak i dla wprawionych blogerów, taka rzadka aktywność może dziwić. Cóż... Rzeczywiście, w poprzednim półroczy moje wpisy były częstsze i coś się działo. Jednak w poprzednim poście – gdzieś między wierszami – zasugerowałem, że muszę odpocząć.
Jednak, z sympatii dla Czytelników i w ramach streszczenia, wkleję kilka zdań o tym, co działo się od przebiegnięcia „setki” do dziś (oczywiście w temacie biegania).

            Po zakończonym biegu wróciłem do domu szczęśliwy, ale też nieźle zgoniony :). Pierwszy tydzień minął na wewnętrznym świętowaniu sukcesu i leczeniu odparzeń stóp. (Oj, jakie to było nieprzyjemne). Nie będę wdawał się w szczegóły (to nie jest strona dla łowców mocnych wrażeń ani pamiętnik medyka sądowego), ale każdy, kto miał to szczęście choć raz przebiec dystans ultra, wie o czym mówię :)
A później – zasłużony odpoczynek. Dwa miesiące bez biegania, diet, czasów, zakresów treningowych i innych przyjemności, które Tygryski lubią najbardziej. W końcu jednak przyszedł czas, aby wziąć się do roboty. Tym bardziej, że wskazania na wadze troszeczkę mnie zaniepokoiły. Okazało się, że o wiele łatwiej zrzucić zbędne kilogramy, niż utrzymać wagę (Ale odkrycie! ;>)
Poza tym zacząłem tęsknić za bieganiem (nie wierzę, że przyznałem się do tego publicznie) i trzeba było pomyśleć, co dalej. Najbliższą planowaną imprezą był maraton w Poznaniu. To miało być zakończenie sezonu.
            Do tematu podszedłem bardzo „lajtowo” :) Zresztą nie było za bardzo innej możliwości, bo nazbierane nadprogramowe kilogramy dawały o sobie znać. Ale „nic to” i  trzeba robić swoje.
Mieliśmy biec z Maciejem. Bardziej towarzysko, niż dla czasu i bicia rekordów.
Tak też wyszło. Nie będę się rozwodził i szczegółowo opisywał każdego kilometra biegu. Przebiegliśmy i już. A czas – nie przejmowałem się nim zupełnie. Dużo ponad 4h, ale jak pisałem, nie to było celem.
Efekt relaksacyjno – towarzyski został osiągnięty, co więcej „biegowe Polaków rozmowy” okazały się bardzo owocne. (To kolejny dowód na to, że mózg lepiej pracuje podczas wysiłku). Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili czegoś szalonego na przyszły rok, więc...
            ...więc padł pomysł, aby w przyszłym roku wystartować w sztafecie Iron Man. W tym wypadku do tanga trzeba trojga, ale trzeciego członka zespołu znaleźliśmy bardzo szybko (o pomyśle został – a właściwie została – poinformowana jeszcze z trasy maratonu). Plan wygląda tak: Maciej płynie (3,8 km), Kasia – znana z tego, że ze złamaną kością łódkową ukończyła tegoroczny półmaraton w Poznaniu, a w wakacje przejechała na rowerze wzdłuż południowej granicy Polski – jedzie (180 km), a ja biegnę (42,195 km). Podoba się? :) Nam tak.
Teraz tylko pozostało uzgodnić szczegóły, ustalić założenia i wziąć się do roboty.

            Ja swoją robotę zacząłem 2 tygodnie po maratonie. Choć kolejny raz  w tym roku odpoczywałem od biegania, wziąłem się za trening ogólnorozwojowy. To może paradoks, ale skupiając się do tej pory wyłącznie na bieganiu, czułem się trochę zastany.
„A co z bieganiem?” - ktoś zapyta. Zgodnie z planem powróciłem do treningów trzy dni temu. Na razie ze spokojem, ale konsekwentnie.

            Czy coś jeszcze? Tak, mam jeszcze parę pomysłów na przyszły rok, ale na razie zostawiam je dla siebie. Muszę je przemyśleć, ocenić ich realność i dostępność, a także nałożyć na obowiązki domowe i zawodowe. Myślę, że coś się wyklaruje i na pewno dam znać. Szczególnie jeden pomysł  bardzo mnie korci, ale... No właśnie. Na razie pozostaje w „biegowej zamrażarce” :)

            I na koniec jeszcze małe wyjaśnienie do użytego w tytule skrótu. „W.I.N.” - cóż to takiego? Zaczęło się od lektury książki Michael'a Phelps'a „Bez granic” (jeśli ktoś nie kojarzy: to amerykański pływak, który na olimpiadzie w Pekinie w 2008 roku zdobył 8 złotych medali). Ta książka to kolejny motywator do treningów. Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości jak ten Gość tego dokonał i czy zrobił to uczciwie – polecam książkę.
A W.I.N.? To hasło stworzone przez trenera Phelps'a: W.I.N. - Win! What's Important Now? Zwyciężaj! Co jest teraz ważne?
            To dobre hasło. W mojej ocenie, nie tylko dla sportowców. Chcesz zwyciężać? (jako biegacz, pływak, kolarz, Człowiek, Mąż, Ojciec, Żona, Matka, etc.) Zastanów się: „Co jest teraz WAŻNE?”      

7.10.2011

Kronika Wypadków Biegowych

Wiem, wiem... Dawno nic nie pisałem. Nie mogłem się zebrać. No, ale 3 miesiące przerwy to chyba wystarczający czas, więc nadganiam zaległości.

Dużo się nazbierało, więc po kolei.

1. Bieg Rzeźnika.

Wyruszyliśmy zgodnie z planem czyli w środę. Zanim jednak wsiedliśmy do auta, w poniedziałek pojawił się mały problem - samochód Macieja się popsuł :(. Gorączkowe pytanie: "Co teraz?" towarzyszyło nam do wtorku. Udało się jednak zorganizować inny pojazd (dzięki pomocy kilku dobrych Ludzi) i mogliśmy ruszać.
Trasa nie należała do najciekawszych - do Łodzi jechało się całkiem nieźle, ale później... Korki, roboty na drodze, objazdy, jeszcze raz korki, roboty na drodze itd. Ostatecznie musieliśmy zmienić trasę, a do Cisnej dotarliśmy po 1.00.

Czwartek minął wypoczynkowo - zgodnie z planem. Wieczorem odprawa i wszystko jasne. Powrót do pokoju, szykowanie sprzętu i ciuszków, sprawdzenie listy i grzecznie spać, bo przecież czeka nas wczesna pobudka.

Docieramy do punktu zbiórki w Cisnej, wbijamy się do autobusu i jedziemy do Komańczy. Dreszczyk emocji (własny i innych uczestników) nie pozwala zasnąć. Staram się poukładać jakoś każdy kilometr, myślę, jak to będzie. W końcu po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy na strat. Tam jeszcze chwila, ostatnie sprawdzenie sprzętu i ...

3.00 - tradycyjny wystrzał i ruszamy. Przed nami i za nami masa ludzi (zgłosiło się około 200 ekip). Start bardzo przyjemny, choć w deszczu. Za chwilę okaże się, że deszcz nie do końca jest taki fajny. Na początku biegniemy asfaltem, potem gruntowa ścieżka (jeszcze po płaskim). Z nieba leje się coraz intensywniej. Gdzieś z przodu zza chmur straszą błyskawice i słychać grzmoty. Ciekawe, co będzie dalej.

Wbiegamy do lasu, pierwsze podbiegi. I pierwsze biegowe wybory: lepiej biec środkiem drogi i brodzić po łydki w spływającym z góry strumieniu wody i błota czy ryzykować upadek i skakać po kamieniach i wystających konarach drzew? Każdy uczestnik ma swój patent. Ja wybieram coś pomiędzy jednym, a drugim.
Po kilku kilometrach i rozmowach z weteranami pojawią się pytanie: "Czy to tempo wystarczy, żeby 75 km przebiec w 12h?" Chyba nie, ale zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.
W końcu zaczyna się przejaśniać i deszcz nie jest już taki intensywny. Powoli pniemy się w górę, to zbiegamy w dół. Płynący czas umila nam rozmowa. Najgorsze, że nie wiemy, ile jeszcze przed nami do pierwszego przepaku. W końcu jest - Przełęcz Żebrak. Ciepłe picie od organizatorów, coś na ząb z plecaka. Odpinamy kijki i prujemy dalej.

Wszystko OK. Jeszcze chwila i będziemy w Cisnej. Ale niestety radość szybko się kończy...
Ostatni zbieg przed przepakiem okazuje się także naszym ostatnim w tym biegu. Maciej wybiegł trochę do przodu. Nagle słyszę jego przedłużone krzyk: "Aaaałaaaa" i jakieś burknięcie pod nosem. Dobiegam, pytam, co się stało. Niestety Maciej skręcił nogę w kolanie. Ból nieznośny. Dochodzimy do przepaku w Cisnej.
Ocena obrażeń, walka wewnętrzna i dramatyczna decyzja - "Wycofujemy się".
Znam Maćka i wiem, że jeśli mówi, że nie da rady biec dalej, to musi byc kiepsko. A ja nie zostawię Przyjaciela. Razem przyjechaliśmy i razem wyjedziemy.

Wracamy do domku, ogarniamy się. Idziemy na śniadanie. Decydujemy, że wrócimy jutro.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze wieczorem odebrałem z Biura nasze rzeczy z przepaków, oklaskami nagrodziłem zwycięzców i wróciłem do pokoju.

W sobotę wyjeżdżamy. Po drodze basen i sauna w Krakowie - to trochę zmniejsza ból i stawia Macieja na nogi.
Wieczorem w domu.

2. Gorycz, bynt, decyzja.

Mimo wszystko nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Nie obwiniam Maćka; przecież tak samo ja mogłem skręcić nogę. Jednak w środku czyję gorycz połączoną z buntem: tyle przygotowań i wyrzeczeń i co? Przegraliśmy z mokrą trawą i błotem?!
Huśtawka nastrojów - od pogodzenia się z tym, co się stało, do złości, gniewu i łez. To musi znaleźć jakiś upust.
Dziękuję Żonie za wsparcie (chyba do końca nie rozumiała, tego co przeżywałem, ale cierpliwie znosiła moje nastroje w niedzielę i była przy mnie). To jej postawa pozwoliła mi też podjąć przełomową decyzję:
"Chcę wykorzystać potencjał, który mam, zapas sił, treningi i żar, który tli się w środku. Biegnę 100 km!" Potrzebuję tego...

3. Samotna "setka"

28. czerwca 2011 w moim biegowym życiorysie będzie ważną datą. Pobudka przed 6.00 i cel - przebiec 100 km. Postanowiłem, że zrobię ten dystans na trasie, którą znam - Koziegłowy i Puszcza Zielonka. Biegłem już tamtędy 75 km.
Plan jest prosty - 4 okrążenia po 22 km + jedno krótkie 12 km.
Zabieram plecak z bukłakiem, kilka batonów, banana, kanapki i ruszam. W domu żegna mnie Rodzinka. Już nie śpią - Dzieciaki to ranne ptaszki.

Do "Kozich" jadę autobusem.

START. Od początku przyjmuję spokojne tempo, zakładam też przerwy na marsz. Pierwsze kilometry bez żadnych problemów, pierwszy wbieg na Dziewiczą Górę też w porządku. Zabrałem na trasę aparat. Chcę zrobić kilka zdjęć, żeby mieć pamiątkę.

Na drugim okrążeniu - w tle wieża na Dziewiczej Górze


Zliczam kolejne kilometry. Po drugim kółku - 44 km, uzupełniam płyny w plecaku. Zrobiłem sobie własne przepaki - co 22 km na koniec każdego okrążenia. Korzystam z osiedlowego sklepiku. (Pani sprzedawczyni zapewne pod ladą pukała się w czoło, widząc coraz bardziej spoconego gościa w obcisłych rajtkach, który kupuje wodę, izotoniki i batony.)

Zbliżam się do granicy, którą już znam - 75 km. Powoli odczuwam zmęczenie (było ciepło w tym dniu) i zaczynają doskwierać stopy. To chyba jakiś pęcherz :( Ale zaciskam zęby i biegnę dalej.
(Zmęczenie zobaczyłem dopiero na zdjęciu - te oczy)


Po 75 km stopy już mnie nieźle denerwują. Właściwie nie czuję bólu łydek, ani ud, ale te stopy... Jakbym biegał po rozżarzonych węglach! Nie chcę wiedzieć, co tam się dzieje. Biegnę dalej.

Wychodzę na ostatnią prostą przed finiszem. Za chwilę 88 km. Czuję ogromną radość i satysfakcję. Na trasie pojawia się kompan - przyjeżdża Kasia (ta, która złamała nogę na półmaratonie). Towarzyszy mi na ostatnim przepaku - dokumentuje zbieranie sił i obmyśla, jak zaimprowizować metę.

Teraz już wszystko siedzi w głowie. Zbieram się w sobie, uzupełniam płyny i zapasy cukru. Ostatnie 12 km. Wiem, że będzie bolało, bo wiem, jak czują się moje stopy. Ale wiem też, że teraz nie odpuszczę...

Reload :)
Ruszam...


Ostatni podbieg na Dziewiczą Górę, choć niewielki, to po 88 km boli i wyciska. Ale prę do przodu - trochę biegu, trochę marszu. Krok już bardzo dziwaczny, bo sopy nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Jest szczyt. Teraz tylko zbieg, trochę przez las i końcówka po osiedlu.
W głowie mętlik, w nogach pożar, w sercu radość. Jeszcze trochę i .... jest.

Ostatnie metry

To już META, koniec. Udało się. Przecinam wstęgę, patrzę na zegarek: 11h 41 min 13 s. Krzyczę z radości.



Tak, "Jesteś twardszy niż ci się zdaje, możesz dokonać więcej niż myślisz" - motto Leadville 100 (bieg górski na dystansie 100 mil; ok. 160 km). Te słowa brzmią mi w uszach, a od środka rozpiera mnie duma.
Tak, jak napisał mi Maciej po tym biegu - nie potrzebuję sędziów, zrobiłem to!
Czuję się świetnie. Sączę colę. Wracam do domu z tarczą. Gratulacje od Żony.

Udało się. Pokonałem siebie. Zamknąłem niedokończony w Bieszczadach rozdział. Ciąg dalszy nastąpi...