"Poza najdalej wysuniętym bastionem zmęczenia i bólu odkryjemy pokłady mocy i ukojenia, o jakie siebie samych nie podejrzewaliśmy; źródła obfite i nienapoczęte, ponieważ nigdyśmy wcześniej się do nich nie przebili" (William James/Scott Jurek)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi górskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi górskie. Pokaż wszystkie posty

18.02.2014

Chudy Wawrzyniec - official countdown

Ojojoj! Na horyzoncie widzę już szczyty Beskidu Żywieckiego spowite sierpniowym słońcem :)

Zanim napiszę coś konstruktywnego, najpierw trochę emocji:

/Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest!!! WYLOSOWANY!!! Na Chudego Wawrzyńca zgłosiły się          w sumie 843 osoby, spośród których wylosowano 700. Jestem w tym szczęśliwym gronie :D


Gratuluję wszystkim, którzy znaleźli się na liście, a osobom z listy rezerwowej życzę szczęścia         w kolejnych rozdaniach (jest jeszcze szansa).
Teraz nie ma lipy - czas rozkręcić treningi i NAPIERAĆ!!!!!
Yeah!!/

To tyle radosnej twórczości, ale co z tego wynika? Ano wynika, że do trzech razy sztuka. Z różnych względów nie udało się wystartować w pierwszej i drugiej edycji imprezy (a chęć była ogromna),      a teraz okazuje się, że w końcu stanę na starcie Chudego. Czeka mnie trochę ponad 50 km biegu górskiego pełnego soczystych podbiegów i zbiegów.



W związku z tym mogę oficjalnie rozpocząć odliczanie :) Start 9. sierpnia o 4:00. Oprócz odliczania zaczynam treningową harówkę, bo nie ma co ukrywać - bez solidnej pracy wymęczę się na trasie jak koń w westernie. Zapał, motywacja i plan są. Czas na realizację. Rozpoczynam operację "Chudy" i jak każdy dobry agent będę regularnie dostarczał raporty z realizacji założeń taktyczno - bojowych.




11.02.2014

Wilcze Gronie vol. 2 czyli Beskid Żywiecki wiosennie

Kilka dni temu startowałem w drugiej edycji biegu Wilcze Gronie. Start uważam za bardzo udany, szczególnie jeśli chodzi o osiągnięty czas. Zeszłoroczne 2:46:01, zmieniło się w 1:48:23 :), co bardzo mnie cieszy.
Jest to dla mnie dowód, że zmiana podejścia do treningów jest skuteczna i przekłada się na konkretne efekty. Co więcej, uzyskany wynik mocno motywuje mnie do dalszych treningów i zwiastuje świetlaną przyszłość - szczególnie, jeśli chodzi o start w Chudym Wawrzyńcu. Oczywiście jest jeszcze przede mną wiele pracy, co nie zmienia faktu, że z pozytywnym nastawieniem lepiej się ta praca zapowiada.

Dodatkową satysfakcją jest to, że moja relacja z biegu została zauważona przez Magazyn "Bieganie" i umieszczona na ich oficjalnej stronie internetowej. Zapraszam do lektury tu.



20.03.2013

Beskidy raz jeszcze

No tak... chciałem i miałem pisać częściej, ale ostatnio znów miałem poślizg. Mam jednak  nadzieję, że wierni Czytelnicy wybaczą mi moje blogowe lenistwo i nie spiszą mnie na straty. Ponieważ mam w zanadrzu kilka tekstów, to wznawiam aktywność na blogu i podrzucam Wam obiecany jakiś czas temu temat. Ponieważ dotyczy nocnych działań biegowych, to pora jak najbardziej odpowiednia. A więc zaczynamy (a właściwie kontynuujemy):

Pamiętacie relację z biegu w Rajczy? (Jeśli nie, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wrócić do niej tutaj). I tak, jak wówczas pisałem, nie wiedziałem, że po zakończonym biegu czeka mnie jeszcze jeden nieoficjalny start. Ale po kolei...

Po odpoczynku i obiedzie w gronie nowych znajomych, udaliśmy się na oficjalne zakończenie imprezy i udekorowanie zwycięzców. Wraz z powrotem do pokoju pojawiło się pytanie: "Co dalej z tak pięknie rozpoczętym wieczorem?" Generalnie planowałem wypocząć i wcześnie położyć się spać. Zapomniałem jednak, że biegacze (a biegacze górscy i ultra to już w ogóle) są bardzo pozytywnie zakręceni, pełni radości i optymizmu. A ponieważ jestem książkowym przykładem sangwinika, moja natura nie pozwoliła przejść obojętnie obok takich ludzi i plany wypoczynku odpłynęły za horyzont. Jednocześnie pojawiły się na nim delikatne zwiastuny przygody i odrobiny szaleństwa.
Zaczęło się spokojnie - do Asi i Kamila dołączył Jarek i tak w czwórkę rozpoczęliśmy "wieczorne biegaczy rozmowy". Okazało się, że środowisko ultrasów (tak, moi nowi znajomi mają na swoim koncie biegi ultra z UTMB włącznie) jest nie tylko pozytywnie zakręcone, ale i konkretne. Dyskusje o przygotowaniach do biegów, treningach, strategii podczas zawodów ultra, przerodziły się w rozmowy o rodzinie, podejściu do techniki i szeroko rozumianych mass mediów (aktywność na FB, gadżety, telewizja, reklamy itp.), łączeniu pasji z pracą i domem. I już wszystko wskazywało na to, że zagłębimy się zaraz w "Mini wykłady o maxi sprawach", gdy pojawiła się propozycja, by zobaczyć jak mieszkańcy Rajczy bawią się w nocy. I tak ruszyliśmy w czwórkę do Domu Kultury, gdzie odbywała się zabawa taneczna. Klimat - bezcenny. Dancing z lat 70 - tych w połączeniu ze współczesnością. Ot, taka lokalna kultura. Uczestnicy od siedmiu do stu siedmiu lat, weseli i gorrrący mimo mrozu na zewnątrz. Podchwyciliśmy radosną atmosferę i spędziliśmy kilka chwil na parkiecie, radośnie pląsając przy akompaniamencie kapeli (klawisze, perkusja, gitara i śpiew). Udało nam się (a właściwie Asi) nawet zrobić mały wyłom w skocznym "umcyk - umcyk" i z głośników popłynął jeden z polskich klasyków - "Wehikuł czasu" (choć i bez tego czułem się jak przeniesiony o ładnych parę lat wstecz). Jeszcze chwila na parkiecie i powrót do "bazy".
I już, już szykowaliśmy się do spania, gdy rozległo się pukanie do drzwi, zza których wysunęły się radosne twarze z zapytaniem: "Idziecie pojeździć na sankach?!" No i jak tu odmówić? Już za chwilę wesoła kompania (Asia, Iwona, Agata, Kamil, Jarek, Piotr, Rysiu i ja) kroczyła na pobliski stok narciarski. Jeśli zjeżdżaliście kiedykolwiek na sankach ze stoku w nocy, to wiecie jaka to frajda. Jeśli nie - polecam. Zjazd w zespołach dwuosobowych, śnieg prosto w twarz i kilkaset metrów w dół zakończone efektywną wywrotką dostarczało nam wiele radości. Ponieważ mieliśmy dwie pary sanek ci, którzy akurat nie zjeżdżali, umilali sobie czas turlając się ze stoku, robiąc fikołki i ślizgając się na brzuchu. Powrót do beztroskich czasów dzieciństwa.   
Kiedy po kilkudziesięciu minutach śnieżnego szaleństwa wracaliśmy do szkoły, żeby w końcu położyć się spać (było już po północy), ktoś rzucił hasło: "A może by tak przebiec trasę zawodów?" (Nie pamiętam już teraz autora tego zaczepnego pytania. Być może byłem to nawet ja; jeśli tak, to znaczy, że moje sangwiniczne usposobienie osiągnęło szczyt...). Ale ponieważ odzewu ani entuzjazmu nie było, grzecznie szykowałem się do spania. I właśnie wtedy do pokoju wpadła Iwona z Rysiem i przypominając mi moją biegową propozycję, wyciągnęli mnie na dwór.

I tak ruszyliśmy szlakiem porannego biegu przed siebie. (Nie ukrywam, że zrodziło to we mnie pewne obawy, bo gdy opadły emocje, przypomniałem sobie, że moi towarzysze są ultrasami z krwi i kości, a ich wyniki w krótszych biegach są dużo lepsze od moich. Ale kości zostały rzucone i trzeba było pójść - a właściwie pobiec - za ciosem). Okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne, bo nie dość, że tempo było spokojne, to jeszcze towarzyszył mu doping i krótki instruktaż, jak biegać po górach. Poza tym, przekonałem się, że mogę biec szybciej, niż rano :) a sama trasa, sprawia więcej przyjemności. I nie wiadomo jak, okazało się, że mamy już za sobą 5 kilometrów (przebiegnięte w niecałe 40 minut!) Tempo dużo szybsze, niż na zawodach. A odcinek pod górę, który rano pokonywałem "babciowym" marszem, śmignęliśmy nawet nie wiem kiedy.
Ponieważ dalej trasa zaczynała się wić, a nie znaliśmy jej na tyle, by mierzyć się z nią po ciemku, postanowiliśmy, że wrócimy do Rajczy. Na górze jeszcze kilka wesołych zdjęć z panoramą miasteczka w tle i rozpoczął się zbieg. Rysiek i Iwona wyskoczyli do przodu niczym kozice, ja pozostałem nieco w tyle. Zastanawiałem się, jak można w takim tempie w świetle czołówki śmigać po śniegu i lodzie. Jednak moi znajomi nie pozostawili mnie samemu sobie, udzielali rad, jak szybko i bezpiecznie zbiegać i czekali na mnie. Z rad skorzystałem i przekonałem się, że zbieg, to w istocie kontrolowany upadek. Oczywiście do pełni profesjonalizmu droga daleka, ale zawsze warto posłuchać bardziej doświadczonych i popracować nad techniką :)
Po dotarciu do szkoły, ogarnęliśmy się trochę, a później posiedzieliśmy przy ciepłej herbacie z cytryną i przy ciasteczkach :)
I w końcu poszliśmy spać.

Dziękuję wszystkim Uczestnikom tego wieczorno - nocnego szaleństwa. To było bardzo ciekawe doświadczenie.
Miło mi było poznać tak ciekawych i zakręconych Ludzi, spędzić z nimi czas i razem się pobawić. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na jakimś biegu.

Asiu, Iwono, Agato, Kamilu, Jarku, Piotrze i Ryśku - wielkie DZIĘKI! :)

P.S. Na koniec kilka zdjęć z nocnego biegania:



 

25.02.2013

Beskidy zimą czyli 15 km w śniegu

Zebrałem się w sobie i po kilku próbach stworzenia relacji z biegu "Wilcze Gronie" dzielę się tym, co pozostało w pamięci.

(Przy okazji przepraszam Czytelników, że musieliście tak długo czekać na wpis. Wiem, że w dobie mediów elektronicznych taka "obsuwa" nie buduje pozytywnego wizerunku autora jako blogera, dziękuję jednak Sławkowi za motywację, która brzmiała mniej więcej tak: "Nie ma wpisu. Czytelnicy czekają, a Ty mydlisz im oczy jakimiś ciasteczkami". Także biję się w piersi i relacjonuję):

A na początek kilka faktów:

1) Co? I Górski Bieg Wilcze Gronie
2) Gdzie? Rajcza (Beskid Żywiecki)
3) Kiedy? sobota, 09/02/2013 godz. 11.00
4) Dystans? 15 km

www.wilczegronie.pl

5) Przewyższenie? 750 m

www.wilczegronie.pl
6) Ilu startujących? 232 (36 kobiet i 196 mężczyzn)
6) Warunki na trasie? Zimowe, terenowe. Zdjęcie mówi wszystko o warunkach (zrobione dzień przed):

Jak widać trasa ciekawa :) Zdjęcie z profilu biegu na fb.
Na miejsce dotarłem w sobotę rano po niezbyt szczęśliwej nocy spędzonej w pociągu. Każdy, kto miał okazję podróżować nocną porą pociągiem wie, że doświadczeń tych nie da się zapisać pod hasłem "przygoda życia". To nic, że miałem wykupioną miejscówkę... Nie, nie chodzi o to, że potrzebuję super warunków do spania. Bez problemu zasypiam w pozycji siedzącej. Chyba, że... Chyba, że pasażer obok zajmuję 1,5 miejsca z czego to 0,5 należy już do mnie! "Nic to!" (jak mawiał Pan Wołodyjowski). Odpocząłem na trasie z Katowic do Rajczy.

Pierwszy widok po wyjściu z pociągu... bezcenny. Wiem, że jestem w górach. Śnieg, rzeka i płynące po niej kry. Urokliwe...
Na początek działania logistyczne: szkoła - biuro zawodów i rejestracja. Do startu zostało jeszcze kilka godzin. W szkolnej sali, która przez najbliższą dobę będzie moją kuchnią, sypialnia i salonem spotykam ekipę z Łodzi: Asię i Kamila. Klasyczne przedstartowe rozmowy z cyklu: "Od kiedy biegasz?" albo "Czy to Twój pierwszy górski bieg?", "Jak się ubierasz?", "A zabierasz coś do picia na trasę?" itp., a później już pełna gotowość i nurtująca myśl: "Jak to będzie?!"
Po drodze na start spotykam jeszcze Magdę i Krzyśka Dołęgowskich z napieraj.pl. Zamieniamy kilka zdań i udaję się na miejsce rozpoczęcia biegu.
Zebrało się trochę ludzi. Jeszcze chwila, jeszcze moment i...

Chwila przed startem
...ruszamy zwartą grupą, choć już od początku czołówka biegaczy odskakuje do przodu. Pierwsze dwa kilometry prowadzą ulicami Rajczy, spokojnie po asfalcie. Na razie nie czuję jeszcze, że to górski bieg. Ale to tylko błędne i ulotne wrażenie. Teraz skręt w prawo i niebieskim szlakiem pod górę. Zaczyna się czterokilometrowy podbieg (a właściwie podejście), a do pokonania około 450 m przewyższenia :) Mozolna wspinaczka. Biegacz za biegaczem, krok za krokiem. Choć biegiem trudno to nazwać, bo warunki na trasie, jak już wspomniałem, bardzo zimowe. A do tego wąska ścieżka utrudnia wyprzedzanie. No, chyba, że ktoś lubi sadzić susy niczym kangur, lądując w śnieg po kolana.
Co jakiś czas mijają mnie jednak ambitni biegacze znużeni zapewne tym spokojnym jak na wyścig tempem. Postanawiam mimo wszystko pozostać w peletonie i nie przejmować się zbytnio dochodzącymi zza pleców okrzykami: "Lewa wolna!!". Bo choć wyprzedzający pędzą niczym pociąg z filmu braci Lumiere i przesuwają się o kilka miejsc do przodu, to jednak wysoki śnieg studzi ich zapędy i szybko sami wtapiają się w kolejkę biegaczy - chodziarzy i równym tempem suną do przodu.
Pnę się spokojnie w górę.

Sznureczek biegaczy w drodze na Suchą Górę (zdjęcie od Piotrka Pudzianowskiego)
W końcu docieram na szczyt - Sucha Góra zdobyta :) Zbieg rozpoczynam od efektownego zakrętu w prawo - w dół. Czołówka biegu zamieniła i tak niełatwy zbieg w bobslejową rynnę :) Na szczęście obyło się bez strat własnych i po kilkunastu metrach mogę spokojnie zbiegać po śniegu. Zbieg jest dużo przyjemniejszy od podbiegu, choć pogoda i ukształtowanie terenu też dostarczają niemałych wrażeń. Woda występuje tu we wszystkich stanach skupienia: biegnę po śniegu, lodzie, błocie. Mam nawet "przyjemność" zamoczyć się po kostki w przepływającym w poprzek szlaku potoczku :) Wlewająca się do buta woda  studzi na chwilę mój zbiegowy "hura - optymizm". Mijając po drodze kilkoro biegaczy, docieram do prostej. Chwila odpoczynku na płaskim odcinku trasy  w towarzystwie lokalnych kibiców - grupki tyleż roześmianych, co zdziwionych dzieci. Z wyrazu ich twarzy wnioskuję, że bieg jest główną atrakcją ostatnich dni.
Połowa trasy za mną. Na moment zatrzymuję się w punkcie odżywczym, a właściwie "grzewczym" - do wyboru herbata lub bulion. I choć nie było mi zimno, to skorzystałem (miło, że Organizatorzy zadbali o uczestników) i po kilku łyczkach hebaty poczułem się jak Asterix po wypiciu magicznego napoju).

Gdzieś na trasie...
Do końca jeszcze około 7 km. Rozpoczynam kolejny podbieg; łagodniejszy, niż poprzedni jednak nadal w śniegu i górach, więc trzeba z siebie trochę sił jeszcze wykrzesać. Żeby było weselej, to droga co jakiś czas się rozwidla, a ponieważ nie widzę (ani nie słyszę) przed sobą żadnego biegacza (biegaczki), to muszę wytężyć nie tylko wzrok i ale nawigacyjny zmysł, żeby dostrzeć oznaczenia trasy i pobiec odpowiednim szlakiem :) Udaje mi się nie zabłądzić w tej serpentynie i ochoczo pnę się pod górę.

Półmetek
Teraz moment na podziwianie widoków (oczywiście piękno przyrody mogłem podziwiać przez całą trasę). Jednak płaski fragment trasy pozwala delektować się pięknem przyrody, choć chmury zalegają nisko.
Ostatni krótki podbieg. Przed sobą słyszę jakiś radosny głos. Wybiegam zza zakrętu i widzę Magdę dopingującą biegaczy tuż przed końcowym zbiegiem. Radosny doping połączony z informacją, że to juz końcówka i poklepaniem po plecach motywuje mnie do szybszego przebierania nóżkami. I ...
ostatni zbieg!! Rówolegle do stoku narciarskiego kilkaset metrów w dół. Staram się zbiegać z pełnym luzem i szybkością. Ne jest to może jeszcze szczyt biegowej finezji, ale przypominam sobie, że zbieg, to tak na prawdę kontrolowany upadek, więc lecę...
Meta! Pierwszy zimowy górski bieg uważam za zakończony :) Czas nie powala może na kolana - 2h46min (zwycięzca przebiegł metę w czasie 1h21min), ale uważam, że jak na debiut całkiem nieźle. Plan wykonany - ukończyć i nie poddać się.
Radość i satysfakcja! Jeszcze tylko medal, herbatka i telefon do Żony. "Już przybiegłeś?!" :) Cudowna.

Wracam do szkoły. Ogarniam się i odpoczywam. Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że odpoczynek się przyda i że nie będzie to ostatnia atrakcja tego dnia... Ale co było dalej, napiszę później.

Beskid Żywiecki zimą





13.02.2013

"Wilcze" ciasteczka

W ramach wstępu do relacji z I Biegu Górskiego Wilcze Gronie, zamieszczam przepis na owsiane ciasteczka z rodzynkami.

Te małe, kruche ciastka autorstwa mojej Żony zyskały sympatię wśród uczestników biegu (dlatego zostały nazwane "wilczymi", choć w rzeczywistości są owsiane). Sam znałem już wcześniej ich walory smakowe, a w Rajczy podbiły także podniebienia biegaczy z Łodzi, Krakowa i Warszawy: Asi, Kamila, Jarka, Iwony i Rysia :) (Były przyjemnym dodatkiem przy zawiązywaniu nowych znajomości)

Oryginalny przepis znajduje się tu, a poniżej mała modyfikacja.

SKŁADNIKI:

- 200 g masła,
- 1 szklanka cukru,
- 1 jajko,
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii,
- 1 szklanka mąki pszennej,
- 3/4 łyżeczki do pieczenia,
- 1/2 łyżeczki sody,
- szczypta soli,
- 2,5 szklanki płatków owsianych,
- rodzynki (można upiec wersję all inclusive i dodać inne bakalie /pamiętając o pokrojeniu na małe kawałki/ albo startą gorzką czekoladę - według upodobań lub pozostawić bez dodatków; to kwestia pomysłu i fantazji)

WYKONANIE:

Masło utrzeć, wsypać cukier, nadal miksować. Dodać jajko, zmiksować. Dosypać pozostałe składniki i zmiksować całość.

Wyłożyć blachę papierem do pieczenia. Z ciasta lepić kulki wedle uznania (optymalnie wielkości orzechów włoskich) i spłaszczyć. Układać na blasze w dużych odstępach (podczas pieczenia trochę się spłaszczą i "rozjadą", więc jak będą za blisko mogą się zlepić). Piec w temperaturze 180 st. C około 15 min (aż będą brązowe). Wyciągnąć z piekarnika. Odstawić do ostudzenia, ściągnąć z blachy.


Ciastka nadają się jako przekąska między posiłkami (np. drugie śniadanie lub podwieczorek), lekki posiłek przedtreningowy lub przedstartowy. Sprawdzają się także podczas biegu (można zawinąć w woreczek i schować do nerki lub plecaka na długie wybieganie), jak również jako szybkie uzupełnienie węglowodanów po treningu lub starcie.

Polecam, tym bardziej, że opinia o walorach smakowych jest nie tylko moja.

SMACZNEGO :)


7.10.2011

Kronika Wypadków Biegowych

Wiem, wiem... Dawno nic nie pisałem. Nie mogłem się zebrać. No, ale 3 miesiące przerwy to chyba wystarczający czas, więc nadganiam zaległości.

Dużo się nazbierało, więc po kolei.

1. Bieg Rzeźnika.

Wyruszyliśmy zgodnie z planem czyli w środę. Zanim jednak wsiedliśmy do auta, w poniedziałek pojawił się mały problem - samochód Macieja się popsuł :(. Gorączkowe pytanie: "Co teraz?" towarzyszyło nam do wtorku. Udało się jednak zorganizować inny pojazd (dzięki pomocy kilku dobrych Ludzi) i mogliśmy ruszać.
Trasa nie należała do najciekawszych - do Łodzi jechało się całkiem nieźle, ale później... Korki, roboty na drodze, objazdy, jeszcze raz korki, roboty na drodze itd. Ostatecznie musieliśmy zmienić trasę, a do Cisnej dotarliśmy po 1.00.

Czwartek minął wypoczynkowo - zgodnie z planem. Wieczorem odprawa i wszystko jasne. Powrót do pokoju, szykowanie sprzętu i ciuszków, sprawdzenie listy i grzecznie spać, bo przecież czeka nas wczesna pobudka.

Docieramy do punktu zbiórki w Cisnej, wbijamy się do autobusu i jedziemy do Komańczy. Dreszczyk emocji (własny i innych uczestników) nie pozwala zasnąć. Staram się poukładać jakoś każdy kilometr, myślę, jak to będzie. W końcu po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy na strat. Tam jeszcze chwila, ostatnie sprawdzenie sprzętu i ...

3.00 - tradycyjny wystrzał i ruszamy. Przed nami i za nami masa ludzi (zgłosiło się około 200 ekip). Start bardzo przyjemny, choć w deszczu. Za chwilę okaże się, że deszcz nie do końca jest taki fajny. Na początku biegniemy asfaltem, potem gruntowa ścieżka (jeszcze po płaskim). Z nieba leje się coraz intensywniej. Gdzieś z przodu zza chmur straszą błyskawice i słychać grzmoty. Ciekawe, co będzie dalej.

Wbiegamy do lasu, pierwsze podbiegi. I pierwsze biegowe wybory: lepiej biec środkiem drogi i brodzić po łydki w spływającym z góry strumieniu wody i błota czy ryzykować upadek i skakać po kamieniach i wystających konarach drzew? Każdy uczestnik ma swój patent. Ja wybieram coś pomiędzy jednym, a drugim.
Po kilku kilometrach i rozmowach z weteranami pojawią się pytanie: "Czy to tempo wystarczy, żeby 75 km przebiec w 12h?" Chyba nie, ale zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja.
W końcu zaczyna się przejaśniać i deszcz nie jest już taki intensywny. Powoli pniemy się w górę, to zbiegamy w dół. Płynący czas umila nam rozmowa. Najgorsze, że nie wiemy, ile jeszcze przed nami do pierwszego przepaku. W końcu jest - Przełęcz Żebrak. Ciepłe picie od organizatorów, coś na ząb z plecaka. Odpinamy kijki i prujemy dalej.

Wszystko OK. Jeszcze chwila i będziemy w Cisnej. Ale niestety radość szybko się kończy...
Ostatni zbieg przed przepakiem okazuje się także naszym ostatnim w tym biegu. Maciej wybiegł trochę do przodu. Nagle słyszę jego przedłużone krzyk: "Aaaałaaaa" i jakieś burknięcie pod nosem. Dobiegam, pytam, co się stało. Niestety Maciej skręcił nogę w kolanie. Ból nieznośny. Dochodzimy do przepaku w Cisnej.
Ocena obrażeń, walka wewnętrzna i dramatyczna decyzja - "Wycofujemy się".
Znam Maćka i wiem, że jeśli mówi, że nie da rady biec dalej, to musi byc kiepsko. A ja nie zostawię Przyjaciela. Razem przyjechaliśmy i razem wyjedziemy.

Wracamy do domku, ogarniamy się. Idziemy na śniadanie. Decydujemy, że wrócimy jutro.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze wieczorem odebrałem z Biura nasze rzeczy z przepaków, oklaskami nagrodziłem zwycięzców i wróciłem do pokoju.

W sobotę wyjeżdżamy. Po drodze basen i sauna w Krakowie - to trochę zmniejsza ból i stawia Macieja na nogi.
Wieczorem w domu.

2. Gorycz, bynt, decyzja.

Mimo wszystko nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Nie obwiniam Maćka; przecież tak samo ja mogłem skręcić nogę. Jednak w środku czyję gorycz połączoną z buntem: tyle przygotowań i wyrzeczeń i co? Przegraliśmy z mokrą trawą i błotem?!
Huśtawka nastrojów - od pogodzenia się z tym, co się stało, do złości, gniewu i łez. To musi znaleźć jakiś upust.
Dziękuję Żonie za wsparcie (chyba do końca nie rozumiała, tego co przeżywałem, ale cierpliwie znosiła moje nastroje w niedzielę i była przy mnie). To jej postawa pozwoliła mi też podjąć przełomową decyzję:
"Chcę wykorzystać potencjał, który mam, zapas sił, treningi i żar, który tli się w środku. Biegnę 100 km!" Potrzebuję tego...

3. Samotna "setka"

28. czerwca 2011 w moim biegowym życiorysie będzie ważną datą. Pobudka przed 6.00 i cel - przebiec 100 km. Postanowiłem, że zrobię ten dystans na trasie, którą znam - Koziegłowy i Puszcza Zielonka. Biegłem już tamtędy 75 km.
Plan jest prosty - 4 okrążenia po 22 km + jedno krótkie 12 km.
Zabieram plecak z bukłakiem, kilka batonów, banana, kanapki i ruszam. W domu żegna mnie Rodzinka. Już nie śpią - Dzieciaki to ranne ptaszki.

Do "Kozich" jadę autobusem.

START. Od początku przyjmuję spokojne tempo, zakładam też przerwy na marsz. Pierwsze kilometry bez żadnych problemów, pierwszy wbieg na Dziewiczą Górę też w porządku. Zabrałem na trasę aparat. Chcę zrobić kilka zdjęć, żeby mieć pamiątkę.

Na drugim okrążeniu - w tle wieża na Dziewiczej Górze


Zliczam kolejne kilometry. Po drugim kółku - 44 km, uzupełniam płyny w plecaku. Zrobiłem sobie własne przepaki - co 22 km na koniec każdego okrążenia. Korzystam z osiedlowego sklepiku. (Pani sprzedawczyni zapewne pod ladą pukała się w czoło, widząc coraz bardziej spoconego gościa w obcisłych rajtkach, który kupuje wodę, izotoniki i batony.)

Zbliżam się do granicy, którą już znam - 75 km. Powoli odczuwam zmęczenie (było ciepło w tym dniu) i zaczynają doskwierać stopy. To chyba jakiś pęcherz :( Ale zaciskam zęby i biegnę dalej.
(Zmęczenie zobaczyłem dopiero na zdjęciu - te oczy)


Po 75 km stopy już mnie nieźle denerwują. Właściwie nie czuję bólu łydek, ani ud, ale te stopy... Jakbym biegał po rozżarzonych węglach! Nie chcę wiedzieć, co tam się dzieje. Biegnę dalej.

Wychodzę na ostatnią prostą przed finiszem. Za chwilę 88 km. Czuję ogromną radość i satysfakcję. Na trasie pojawia się kompan - przyjeżdża Kasia (ta, która złamała nogę na półmaratonie). Towarzyszy mi na ostatnim przepaku - dokumentuje zbieranie sił i obmyśla, jak zaimprowizować metę.

Teraz już wszystko siedzi w głowie. Zbieram się w sobie, uzupełniam płyny i zapasy cukru. Ostatnie 12 km. Wiem, że będzie bolało, bo wiem, jak czują się moje stopy. Ale wiem też, że teraz nie odpuszczę...

Reload :)
Ruszam...


Ostatni podbieg na Dziewiczą Górę, choć niewielki, to po 88 km boli i wyciska. Ale prę do przodu - trochę biegu, trochę marszu. Krok już bardzo dziwaczny, bo sopy nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Jest szczyt. Teraz tylko zbieg, trochę przez las i końcówka po osiedlu.
W głowie mętlik, w nogach pożar, w sercu radość. Jeszcze trochę i .... jest.

Ostatnie metry

To już META, koniec. Udało się. Przecinam wstęgę, patrzę na zegarek: 11h 41 min 13 s. Krzyczę z radości.



Tak, "Jesteś twardszy niż ci się zdaje, możesz dokonać więcej niż myślisz" - motto Leadville 100 (bieg górski na dystansie 100 mil; ok. 160 km). Te słowa brzmią mi w uszach, a od środka rozpiera mnie duma.
Tak, jak napisał mi Maciej po tym biegu - nie potrzebuję sędziów, zrobiłem to!
Czuję się świetnie. Sączę colę. Wracam do domu z tarczą. Gratulacje od Żony.

Udało się. Pokonałem siebie. Zamknąłem niedokończony w Bieszczadach rozdział. Ciąg dalszy nastąpi...

18.06.2011

Zmiany i ostatnia prosta

Oj, dawno mnie tu nie było... Ale parę słów na swoje usprawiedliwienie:

Końcówka maja była dla mnie i Rodzinki czasem przeprowadzki i związanego z nią zamieszania. Kto się przeprowadzał wie, co mam na myśli. Pakowanie, odświeżanie mieszkania, sprzątanie, rozpakowywanie i takie różne... Zamieszania co nie miara :) I właśnie z tego powodu w maju nie było nowych wpisów. A później? No cóż, małe przejściowe problemy techniczne. W nowym mieszkanku nie mamy jeszcze na stałe neta. Ale w końcu się zebrałem i piszę, co u nas przed biegiem.

To już tylko sześć dni, więc zwalniamy tempo, ładujemy akumulatory i dietę wzbogacamy o większą ilość węglowodanów i tłuszczy. A jak bieganie? SUPER. Do końca maja standardowe treningi (choć trochę zaburzone przez przeprowadzkę); początek czerwca też biegowo. W minionym tygodniu ostatni sprawdzian i dłuższe wybieganie. Przebiegliśmy 22 km znaną już trasą (Puszcza Zielonka, Dziewicza Góra). Uważam, że całkiem nieźle. Luźno, spokojnie i bez spinania na czas. Wyszło 1h 37 min. Luz po biegu i praktycznie bez zmęczenia.
Do tego wczoraj 6 km, dziś też jeszcze 6. W przyszłym tygodniu w poniedziałek i wtorek 6 km (poniedziałek planujemy też ostatnie zakupy i odprawę przed "Godziną zero" jeszcze na miejscu), a w środę ruszamy z Poznania do Cisnej :)

Planujemy się wyspać, w czwartek mały rozruch, potem odpoczynek psychiczny i w piątek o 3.00 na START :) Oj, będzie się działo! :)


Smerek 1222 m n.p.m. - Koniec III etapu Biegu 51 km

Pewnie nie odezwę się już przed biegiem, więc trzymajcie kciuki. Kolejny wpis po powrocie (Tylko kiedy to będzie? ;) "Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz...")

To na koniec jeszcze w ramach dodania sobie otuchy i w celach motywacyjnych motto biegu Leadville 100 (100 mil): "Jesteś twardszy, niż ci się zdaje; może dokonać więcej, niż myślisz!"

Pozdrawiam

Dla zainteresowanych - oto, co przed nami:


i jeszcze dalej: przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wołosatego (ok. 650m) - 100 km :)

P.S. Mam nadzieję, że jak będzie ciężko, to spotkamy na trasie jakiegoś bieszczadzkiego anioła, który pomoże.