Zapraszam Czytelników do zapoznania się z recenzją butów adidas adiZERO ace3 mojego autorstwa. Tekst ukazał się na portalu Polska Biega w czerwcu, jednak dopiero przed kilkoma dniami dowiedziałem się o jego publikacji.
Aby przejść do artykułu, kliknij tutaj
"Poza najdalej wysuniętym bastionem zmęczenia i bólu odkryjemy pokłady mocy i ukojenia, o jakie siebie samych nie podejrzewaliśmy; źródła obfite i nienapoczęte, ponieważ nigdyśmy wcześniej się do nich nie przebili" (William James/Scott Jurek)
31.07.2012
4.04.2012
Bohater "Urodzonych Biegaczy" nie żyje
Zapewne wielu z Was czytało książkę Christophera McDougall'a "Urodzeni Biegacze". Jak dla mnie to rewelacyjna książka o bieganiu i ludziach, dla których jest ono prawdziwą pasją.
Jednym z głównych Bohaterów był Micah True zwany Caballo Blanco (Biały Koń), Amerykanin, który wyjechał do Meksyku i zafascynowany Indianami Raramuri - Biegający Ludzie (Tarhumara), uciekł od zgiełku świata i zaczął z nimi żyć i biegać. I oddał się bieganiu w sposób idealny, wręcz bezinteresowny. Biegał dla samego biegania i szacunku do swoich Przyjaciół. Stworzył bieg (Cooper Canyon Ultra Marathon), w którym spotkali się czołowi biegacze amerykańscy (m.in. Scott Jurek) i mistrzowie Tarahumara.
27. marca Caballo wybrał się na kilkunastokilometrowy bieg w okolicach Gila National Forrest w Nowym Meksyku. Niestety nie wrócił z treningu. Rozpoczęły się poszukiwania, na które przybyło wielu biegaczy z całego kraju (w akcji brał udział m.in. Scott Jurek i Chris McDougall). Po kilku dniach, 31. marca znaleziono jego ciało. Miał 58 lat. Nie jest znana przyczyna śmierci Caballo, z książki wiadomo jednak, że miał pewne problemy zdrowotne - kilka razy stracił przytomność podczas biegu. Może Micah czuł, że zbliża się jego koniec i zrobił tak, jak powiedział: "Kiedy będę za stary, żeby pracować, zrobię to, co zrobiłby Geronimo, gdyby zostawiono go w spokoju. Odejdę w stronę najgłębszego zakątka kanionu i znajdę sobie miejsce, żeby złożyć moje kości" (Chris McDougall: "Urodzeni Biegacze", wyd. Galaktyka str. 320)
Odszedł niesamowity Człowiek i po tej stracie lektura "Urodzonych Biegaczy" nie będzie dla mnie już taka sama (choć przeczytałem tę książkę dotąd 7 razy).
Na koniec chcę podzielić się z Wami kilkoma cytatami, które moim skromnym zdaniem świetnie Go charakteryzują: (cytaty pochodzą z książki "Urodzeni Biegacze" i ze strony bieganie.pl)
O ultramaratonie Cooper Canyon Ultra Marathon:
"Jeśli Twoim celem jest wygrać kolejny wyścig, to raczej nie powinieneś tutaj biec. Możesz wygrać ten wyścig, ale nie o to tutaj chodzi. To jest celebrowanie biegania, Raramuri, Centralnego Meksyku. To nie jest jak zwykły wyścig w innych miejscach na świecie"
W odpowiedzi na propozycję sposorowania jego biegu przez jedną z czołowych firm produkujących sprzęt do sportów terenowych:
"Nie, dzięki. Chcę, żeby ludzie przyjeżdżali tu po prostu pobiegać, poimprezować, potańczyć, najeść się i pobyć z nami. W bieganiu nie chodzi o to, żeby nakłaniać ludzi do kupowania czegokolwiek. Stary, za bieganie nie powinno się płacić."
O bieganiu:
"Miej na uwadze cztery przymioty: spokojny, lekki, płynny, szybki. Na początek bieg powinien być spokojny. Jeśli uda ci się to osiągnąć, to już jest nieźle. Potem popracuj nad tym, żeby był lekki. Niech nie wymaga wysiłku, jak gdybyś miał gdzieś, jak wysokie jest wzgórze przed tobą, albo jakbyś nie dbał, dokąd biegniesz. Kiedy już przećwiczysz to tak długo, że zapomnisz, iż w ogóle ćwiczysz, wtedy czas uczynić bieg płyyynnyyym. Nie musisz przejmować się ostatnim elementem. Jeżeli opanujesz trzy wcześniejsze, będziesz szybki"
O sobie samym:
"Caballo nie jest bohaterem. Nikim wielkim. Po prostu koniem o nieco innym kolorze tańczącym w spokojnym rytmie, chcącym pomóc aby niektórym żyło się inaczej. Jeśli miałbym być pamiętany za cokolwiek, chciałbym aby było to za to, że jestem/byłem autentyczny. Nic więcej. Run Free."
Choć nie znałem Go osobiście, to dziękuję za to, czego nauczył mnie o bieganiu.
Adios Amigo
Może spotkamy się kiedyś na wspólnym biegu na niebieskich połoninach.
31.03.2012
Biegowo - Życiowo
Rozmawiając z różnymi biegaczami, czytając dyskusje na forach internetowych i przeglądając branżowe czasopisma, dochodzę do wniosku, że chyba każdy Biegacz - amator czy profesjonalista ma swój Bieg Życia.
O takim właśnie Biegu będzie ten wpis.
Przygotowywał się długo, zbierał siły, odpowiednio się odżywiał, trenował i z dnia na dzień moment jego debiutu stawał się coraz bliższy. Nie wiedział jednak, kiedy wystartować. Wiedział jedynie, że gdzieś w głębi siebie samego poczuje zew, że odezwie się w nim Dzikie Serce i rozpocznie bieg...
W końcu nadszedł ten dzień! Jakże się cieszył i jaka rozpierała go radość. Wiedział, że jest gotów! To był Jego czas, Jego start... w wielką niewiadomą. Kiedy stanął na linii startu, nie wiedział jeszcze czy czeka go sprint czy długi dystans. Właściwie w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że nie zdecydował, jak długo chce biec :) Wiedział tylko, że chce zacząć i że musi dotrzeć do mety.
START!!! Czuł, że musi zacząć powoli, że musi oszczędzać siły, bo w każdej chwili poranna przebieżka, może przeistoczyć się w bieg na miarę ultramaratonu. Przypomniał sobie, że kiedy się przygotowywał, usłyszał gdzieś (jakiś znajomy głos), żeby biec spokojnie, lekko, płynnnie, a wtedy szybko pojawi się samo. Więc zaczął spokojnie, i biegł tak przez pewien czas. Nawet poczuł, że skończy za moment, ale... Ale zwolnił, chciał przeczekać, odpocząć. Doszedł do pewnego momentu i... I właściwie sam nie wiedząc dlaczego, postanowił zwolnić. Zajęło mu to dłuższą chwilę, ale zrozumiał, że nie ma już odwrotu, że jeśli zrobił pierwszy krok, to muszą byc kolejne. I choć wiedział, że czeka go trudna droga, to podjął wyzwanie. Zrozumiał, że nie może narzekać, że to droga pod górę, skoro wybrał wyprawę na szczyt. Ochłonął, zebrał siły i ruszył przed siebie.
I wtedy przypomniał sobie, że w tej wyprawie nie jest sam! Przecież była jeszcze ONA! :) Wiedział, że mu pomoże, a Ona wiedziała, że On pomoże jej. Więc od tego momentu ruszyli w dalszą drogę dalej. Biegli, odpoczywali, potem znów biegli i przechodzili do marszu. Czasem szybciej, chwilami wolniej, jednak parli do przodu, do upragnionej i długo oczekiwanej mety.
I wreszcie finisz - ostatnia prosta. Wiedzili, że teraz mogą góry przenosić. Przypomnieli sobie wspólne miesiące treningu, radości, trudne chwile, obawy. Wiedzieli, że do mety dobiegną Razem, ale od momentu jej przekroczenia wszystko będzie inne. Każde z nich będzie już biec samo, ale w zasięgu wzroku drugiego. Ale dość rozmyślań, to wszystko będzie za chwilę, potem. A teraz...
A teraz dobiegnijmy do mety, przekroczmy ją Razem. Jeszcze chwila, jeszcze jeden duuuży krok, potem następny, kolejny, moment odpoczynku i...
JEEEEST! Udało się, dotarli :) Dokonali tego. Radość, łzy, zachwyt, wspólne chwile na mecie.
Tak, pięknie było ich obserować, pięknie było patrzeć jak biegną. A wcześniej obserwować ich wspólne przygotowania. Dziękuję :)
Po 9 miesiącach wspólnych treningów, dniu pełnym napięcia, i kilku godzinach wysiłku na miarę herosów, we wtorek o godz. 0.05 Nasz Syn Piotrek stanał na mecie swego Biegu Życia. GRATULACJE!
Dziękuję raz jeszcze Mojej Dzielnej Żonie i Jemu, za RADOŚĆ uczestnictwa w tym Cudzie.
Od tego momentu pobiegniemy już Razem - Żona, ja i nasze Pociechy: Jasiek, Hania i Piotrek.
Do zobaczenia na różnych biegowych i życiowych ścieżkach...
P.S. O to Nasz dzielny Chłopak
O takim właśnie Biegu będzie ten wpis.
Przygotowywał się długo, zbierał siły, odpowiednio się odżywiał, trenował i z dnia na dzień moment jego debiutu stawał się coraz bliższy. Nie wiedział jednak, kiedy wystartować. Wiedział jedynie, że gdzieś w głębi siebie samego poczuje zew, że odezwie się w nim Dzikie Serce i rozpocznie bieg...
W końcu nadszedł ten dzień! Jakże się cieszył i jaka rozpierała go radość. Wiedział, że jest gotów! To był Jego czas, Jego start... w wielką niewiadomą. Kiedy stanął na linii startu, nie wiedział jeszcze czy czeka go sprint czy długi dystans. Właściwie w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że nie zdecydował, jak długo chce biec :) Wiedział tylko, że chce zacząć i że musi dotrzeć do mety.
START!!! Czuł, że musi zacząć powoli, że musi oszczędzać siły, bo w każdej chwili poranna przebieżka, może przeistoczyć się w bieg na miarę ultramaratonu. Przypomniał sobie, że kiedy się przygotowywał, usłyszał gdzieś (jakiś znajomy głos), żeby biec spokojnie, lekko, płynnnie, a wtedy szybko pojawi się samo. Więc zaczął spokojnie, i biegł tak przez pewien czas. Nawet poczuł, że skończy za moment, ale... Ale zwolnił, chciał przeczekać, odpocząć. Doszedł do pewnego momentu i... I właściwie sam nie wiedząc dlaczego, postanowił zwolnić. Zajęło mu to dłuższą chwilę, ale zrozumiał, że nie ma już odwrotu, że jeśli zrobił pierwszy krok, to muszą byc kolejne. I choć wiedział, że czeka go trudna droga, to podjął wyzwanie. Zrozumiał, że nie może narzekać, że to droga pod górę, skoro wybrał wyprawę na szczyt. Ochłonął, zebrał siły i ruszył przed siebie.
I wtedy przypomniał sobie, że w tej wyprawie nie jest sam! Przecież była jeszcze ONA! :) Wiedział, że mu pomoże, a Ona wiedziała, że On pomoże jej. Więc od tego momentu ruszyli w dalszą drogę dalej. Biegli, odpoczywali, potem znów biegli i przechodzili do marszu. Czasem szybciej, chwilami wolniej, jednak parli do przodu, do upragnionej i długo oczekiwanej mety.
I wreszcie finisz - ostatnia prosta. Wiedzili, że teraz mogą góry przenosić. Przypomnieli sobie wspólne miesiące treningu, radości, trudne chwile, obawy. Wiedzieli, że do mety dobiegną Razem, ale od momentu jej przekroczenia wszystko będzie inne. Każde z nich będzie już biec samo, ale w zasięgu wzroku drugiego. Ale dość rozmyślań, to wszystko będzie za chwilę, potem. A teraz...
A teraz dobiegnijmy do mety, przekroczmy ją Razem. Jeszcze chwila, jeszcze jeden duuuży krok, potem następny, kolejny, moment odpoczynku i...
JEEEEST! Udało się, dotarli :) Dokonali tego. Radość, łzy, zachwyt, wspólne chwile na mecie.
Tak, pięknie było ich obserować, pięknie było patrzeć jak biegną. A wcześniej obserwować ich wspólne przygotowania. Dziękuję :)
Po 9 miesiącach wspólnych treningów, dniu pełnym napięcia, i kilku godzinach wysiłku na miarę herosów, we wtorek o godz. 0.05 Nasz Syn Piotrek stanał na mecie swego Biegu Życia. GRATULACJE!
Dziękuję raz jeszcze Mojej Dzielnej Żonie i Jemu, za RADOŚĆ uczestnictwa w tym Cudzie.
Od tego momentu pobiegniemy już Razem - Żona, ja i nasze Pociechy: Jasiek, Hania i Piotrek.
Do zobaczenia na różnych biegowych i życiowych ścieżkach...
P.S. O to Nasz dzielny Chłopak
Subskrybuj:
Posty (Atom)
